PTE BIG-BG liczy na 3-5% rynku
Do Otwartego Funduszu Emerytalnego Ego zarządzanego przez PTE BIG Banku Gdańskiego przystąpiło ponad 163 tys. osób. Większość z nich (55,7%) to osoby do 30. roku życia. W przeciwieństwie do innych funduszy emerytalnych w Ego zdecydowaną większość (ponad 61%) stanowią mężczyźni. - To dość duże zaskoczenie, dlatego w nowej kampanii reklamowej zamierzamy zwrócić się bardziej do kobiet. Oceniamy bowiem, że potencjał rynku jest większy od zakładanego, a wszystkie fundusze emerytalne mogą podpisać nawet 10 mln umów - twierdzi Piotr Kowalczewski, prezes towarzystwa.Prezes zaznacza, że szacowana przez niego wielkość rynku może być przewartościowana. Jednak ze względu na brak weryfikacji przez ZUS rejestrowanych umów, nie można ocenić, jaka część umów zostanie podpisana z osobami nie podlegającymi ubezpieczeniu. Przyznaje, że obecnie nierealne jest osiągnięcie przez Ego 10-proc. udziału w rynku, ale fundusz będzie walczył o 3-5%.- Zdobycie do końca roku tylko 250 tys. klientów pozwoli na finansowanie działalności towarzystwa i generowanie zysku w przyszłych latach, jednak wiązać się będzie z koniecznością zmiany strategii działania. Nie jest wykluczone, że staniemy się funduszem niszowym, skierowanym do klientów ze ściśle określonej grupy. Zapewne nie ominie nas również udział w konsolidacji funduszy emerytalnych - mówi Piotr Kowalczewski.Akcjonariusze PTE Ego, europejski koncern ubezpieczeniowo-finansowy Eureko i BIG Bank Gdański, ubiegają się bowiem o zakup 30% akcji PZU, również posiadające PTE Złota Jesień, co może oznaczać ewentualne połączenie dwóch towarzystw. Zdaniem Piotra Kowalczewskiego, ze względu na potencjał marki i grupę dotychczas zdobytych klientów, nie powinno się rozpatrywać likwidacji funduszu. Badania marketingowe wskazują, że reklamy Ego mają wśród funduszy emerytalnych najwyższą (80%) rozpoznawalność. Również jedna z najlepszych (ponad 50%) jest znajomość marki.Niestety, za nieprawidłowości w podpisywaniu umów fundusz został ukarany przez UNFE. Ponieważ jednak przypadki fałszerstwa podpisów były nieliczne, kara wynosi jedynie 40 tys. zł.
ANNA GARWOLIŃSKA