Pamiętna decyzja Rady Polityki Pieniężnej z 20 stycznia br. o obniżce stóp procentowych NBP o 275-300 pkt. bazowych skutkuje obecnie wzrostem kredytów dla ludności, w tym - finansujących import konsumpcyjnych. Nie powinny zatem dziwić nie najlepsze wyniki bilansu handlu zagranicznego w I półroczu 1999 r.Dziwi jednak coś innego. NBP wciąż wierzy, że osłabiając kurs walutowy złotego spowoduje, że polski eksport stanie się bardziej konkurencyjny, import zdrożeje w stopniu zniechęcającym polskich konsumentów, a zniechęceni spekulanci przestaną grać na aprecjację złotego. Zagubiony przy tym został główny cel NBP, mianowicie walka z inflacją.Sytuacja permanentnego kryzysu w Rosji i na Ukrainie jest, niestety, zjawiskiem trwałym i trudno spodziewać się zasadniczej poprawy. Dla Polski skutkuje to utratą eksportowych rynków produktów konsumpcyjnych oraz spadkiem wpływów walutowych z handlu przygranicznego. Poprawa sytuacji w krajach UE, a zwłaszcza w Niemczech, mimo kolejnych zapowiedzi o polepszaniu się koniunktury, wydaje się wciąż odległa.W takich warunkach i przy założeniu konieczności importu inwestycyjnego oraz liberalizacji handlu deficyt na rachunku obrotów bieżących wydaje się zjawiskiem trwałym. Przynajmniej do momentu osiągnięcia przez polską gospodarkę konkurencyjności nie tylko cenowej, ale przede wszystkim jakościowej. A do tego trzeba czasu i inwestycji.Napływ inwestycji długoterminowych powoduje wzrost efektywności na poziomie mikroekonomicznym (czyli wzrost wydajności siły roboczej i kapitału), tworząc długookresowe fundamenty aprecjacji kursu wymiany waluty krajowej. Obowiązuje przy tym prosta zasada, że jeśli wzrost efektywności jest większy od realnej aprecjacji kursu walutowego, to nie należy obawiać się utraty konkurencyjności przez gospodarkę.Patrząc na efektywność mikroekonomiczną wciąż zbyt wielu branż i wciąż państwowych przedsiębiorstw, widać, że Polska ma duże zaległości w zwiększaniu efektywności na tym poziomie. Natomiast w wymiarze makroekonomicznym trzy z czterech obecnie przeprowadzanych reform (podziału administracyjnego kraju, służby zdrowia i systemu emerytalnego) mają głównie na celu poprawę efektywności sektora publicznego. Dopiero po zakończeniu tych przemian można mieć nadzieję na silne podstawy konkurencyjności polskiej gospodarki.W międzyczasie manipulacje kursem walutowym stały się jednym z głównych kanonów polityki NBP. Mają one na celu niedopuszczanie do "nadmiernej" realnej aprecjacji kursu złotego, przy czym określanie tego poziomu w krótkim okresie jest zawsze wysoce problematyczne. Możliwości sterylizacji napływu kapitału zagranicznego są mocno ograniczone wysokimi kosztami i dlatego też bank centralny szczególnie zawzięcie tępi kapitał krótkoterminowy.Pomysł omijania krajowego rynku walutowego przez dochody z dużych prywatyzacji nie jest nowy. Usankcjonowany już został przy okazji zdeponowania na rachunkach walutowych NBP wpływów z prywatyzacji w końcu 1998 r. Polityka taka skutkuje m.in. niedorozwojem krajowego rynku walutowego, którego dzienne obroty są na poziomie kilkakrotnie niższym niż np. w Czechach. Nie jest również nowością zaskakiwanie swoimi decyzjami banków komercyjnych, które tym razem, licząc na aprecjację złotego, skracały pozycje walutowe, żeby następnie gwałtownie je odbudowywać. Absolutną nowością jest natomiast większy pesymizm NBP niż Ministerstwa Finansów w prognozach inflacyjnych do założeń budżetowych na rok 2000. Założenia NBP są nie bardziej, ale mniej rygorystyczne niż resortu finansów, czyli bank centralny zaczyna stać na straży sektora realnego, a ministerstwo walczyć z inflacją. W takim przypadku podstawowym celem NBP staje się nowy, niższy poziom kursu walutowego złotego. Zwłaszcza że do wykonania planu inflacji w 1999 r. pozostało trochę swobody. A w gospodarce planowej plany trzeba było wypełniać co najmniej w 100 procentach.

RAFAŁ ANTCZAK

FUNDACJA CASE