Jeśli znasz się na rzeczy, odpowiedz bliźniemu, a jeśli nie, rękę twą połóż na ustach! (Syr. 5, 12)W sążnistym, naszpikowanym wzorami artykule pod tytułem ?Między Ziemią a Niebem? (PARKIET nr 312 z 12 lipca) pan Jacek Bedyński postanowił zdemaskować wpływ na przyszłą wartość emerytury horrendalnych opłat pobieranych przez fundusze. Wywód swój arcysłusznie wzbogacił cytatami z Ewangelii ? łagodzą one przecież stężenie zawartych tam herezji.Pierwszą, stanowiącą osnowę całości, jest stwierdzenie, iż ?ustawowe stopy zwrotu nie uwzględniają kosztów funkcjonowania otwartego funduszu emerytalnego i ryzyka związanego z lokatami funduszu?. Pomińmy już, co mogłoby znaczyć ?uwzględnianie ryzyka w stopie zwrotu?. Co do kosztów sprawa jest ewidentna dla każdego, kto zechciał choćby zajrzeć do stosownego rozporządzenia: zarówno koszty limitowane (np. prowizje maklerskie, opłaty depozytariusza), jak i opłata za zarządzanie pobierane są z aktywów funduszu, a tym samym ? uwzględnione już w wartości jednostki i stopie zwrotu.A propos opłaty za zarządzanie: Autor słusznie zauważa, że ma ona większy wpływ na wartość emerytury niż poziom prowizji od składki, jak również, że ujednolicenie jej stawki wśród funduszy zmniejsza faktyczną konkurencję (acz tu nie do końca, niektóre fundusze mają bowiem ograniczenia kwotowe tych opłat, co próbowano nawet wykorzystywać marketingowo).Dalej jednak następuje pełna żenada: twierdzi on bowiem konsekwentnie, iż poziom tych opłat wynosi 0,5% miesięcznie, tj. 6% rocznie i przy tym założeniu prowadzi wszystkie wyliczenia. Niestety, śpieszę donieść Autorowi, że pomylił mu się przecinek. Tzn. wszystko się zgadza, tyle tylko, że opłaty są 10 razy niższe i wynoszą 0,05% miesięcznie = 0,6% rocznie. Można sprawdzić w ustawie.Nie dziwota, że przy takich założeniach wnioski wychodzą absurdalne: emeryci zostają puszczeni w skarpetkach, a wartość pobranych przez towarzystwo emerytalne opłat przewyższa wysokość zgromadzonego w funduszu kapitału. Istotnie: trudno by oczekiwać wypracowania z inwestycji dodatkowej stopy zwrotu na poziomie 6% rocznie, starczającej na pokrycie choćby opłat. Można natomiast sensownie oczekiwać, że będzie ona mimo wszystko wyższa niż faktycznie wymagane w tym celu 0,6% i wystarczy również na wzrost realnej wartości kapitału emeryta.Można by na tym zakończyć, gdyby nie druga część artykułu, wprowadzająca dodatkowe zamieszanie włączeniem do rozważań ryzyka. Jako że problem jest subtelniejszy z natury, trudniej go też krótko skwitować. Zwróciłbym więc uwagę tylko na parę spraw. Tak więc przede wszystkim powoływanie się na 7-proc. premię za ryzyko wyznaczoną historycznie dla akcji amerykańskich jest demagogią. Gwoli uświadomienia Autora: aktualnie OFE mogą w takie akcje zainwestować do 5%, adekwatne byłyby więc wyliczenia wyłącznie dla rynku polskiego. Niestety, tu ?premia? wyszłaby ujemna.Niemniej jednak Autor skrupulatnie wylicza wymaganą stopę wzrostu aktywów ?dla udziału aktywów ryzykownych w portfelu funduszu emerytalnego zmieniającego się od zera do jedynki?. Wypada znów uświadomić: maksymalnie wynieść on może 60% (= 40% + 10% + 10%, bo ?aktywa ryzykowne? to dla autora najwyraźniej tylko akcje, skoro to dla nich, a względem długoterminowych obligacji, wyznaczał premię za ryzyko).Wobec wymienionych przekłamań w sprawach elementarnych nie ma chyba sensu wdawanie się w polemiki odnośnie subtelniejszych kwestii metodologicznych (dotyczącej np. wymaganej stopy zwrotu czy modelu CAPM). Pozostaje tylko życzyć Autorowi biblijnej cnoty roztropności w wygłaszaniu szokujących sądów na przyszłość. nAndrzej Danilukautor jest pracownikiem TU Allianz Polska S.A.