Według analityków firmy Lipper (badającej rynek funduszy inwestycyjnych w USA), w Stanach już trzeci rok, mimo zawirowań na rynku, zwiększa się popyt na usługi doradcze. Odsetek osób korzystających z pośrednictwa doradców wzrasta niezwykle szybko - w 1999 r. wyboru funduszu inwestycyjnego dokonywało samodzielnie aż 69% Amerykanów.
Tymczasem w zakończonym (na całe szczęście, imię jego niech będzie przeklęte na wieki...) roku już większość osób zdecydowała się nie eksperymentować i skorzystać z porad profesjonalistów. To krzepiące, bo oznacza, że zdegradowany w ostatnich latach społecznie zawód maklera, doradcy, brokera finansowego czy analityka może wkrótce odzyskać swój prestiż.
Taaak... Skoro mowa o profesjonalizmie... Oczywiście, nie mówimy tu o doradcach na modłę polską, z których część o rynku wie pewnie zaskakująco niewiele (choć "wkuli" stosy ustaw, formuł i innych potrzebnych głównie na egzaminie rzeczy...). Sprawa dotyczy szeroko rozumianego zawodu doradcy finansowego i inwestycyjnego. Nie można mieć złudzeń - amerykańscy doradcy finansowi też pewnie święci nie są i można spodziewać się, że wielu myli funkcję niezależnego brokera z rolą agenta, dla którego jedynym kryterium wyboru (i porady dla klienta) jest wysokość prowizji od pozyskania nowej duszy dla funduszu. - Analizy i rekomendacje w 90% zależą od sprzedaży i od tego, kto za nie płaci - w ten sposób znajomy bankier inwestycyjny wyśmiewał moje naiwne koncepcje powołania niezależnego ośrodka analitycznego i rekomendującego. I pewnie nie inaczej jest w przypadku porad dotyczących funduszy inwestycyjnych. Ale doradcy są potrzebni.
Większość osób, jeśli już w ogóle interesuje się inwestycjami, jest bowiem podatna na niekiedy bardzo bałamutne reklamy i promocje. Korzystanie z usług pośrednika nie niweluje ryzyka, ale jednak go ogranicza. Bo to on będzie musiał "świecić" oczami, gdy okaże się, że polecił jakiś marny geszeft.
W Polsce popyt na usługi pośredników, doradców i maklerów dramatycznie zmalał. Tak wielu moich znajomych kończy rok w nastroju jeszcze gorszym od mojego, iż czasem tłumaczę sobie, że trzeba dziękować Bogu, że - w sumie przez przypadek - trafiłem na pogranicze rynku i mediów (choć o mediach mam generalnie fatalną opinię). A to wszystko dlatego, że w miejscach, w których mogłem pracować (jako analityk, trader czy broker), dzieją się rzeczy straszne...