Złoty może czuć się lekko zdezorientowany. Poszczególne grupy jego użytkowników żądają, by nasza waluta zachowywała się tak, by jak najbardziej sprzyjała ich interesom. Oczywiście, każdy chce czego innego. Czary-mary nad złotym trwają. Podobnie jak stopy procentowe, tak kurs waluty przez niektórych postrzegany jest jako cudowne remedium na wszystkie bolączki kulejącej gospodarki. Myśleniem magicznym po raz kolejny usiłuje się zastąpić zdrową politykę gospodarczą. Dyskusje o tym, czy dolar powinien kosztować 4 zł 15 gr, czy też 4 zł 25 gr, wydają się trochę absurdalne. Idąc dalej tym tokiem rozumowania rząd powinien zastanawiać się również czy WIG20 powinien być na poziomie powiedzmy 1400, czy może 2000 punktów, by lepiej służyć gospodarce (w tym przypadku interesom resortu skarbu sprzedającego firmy państwowe). Dywagacje o pożądanym poziomie złotego są ciekawe, ale przypominają zaklinanie rynku. Ten zaś bywa wrażliwy na popisy oratorskie ważnych osób, ale gdy jest ich za wiele, uodparnia się na tego typu tricki. Może i dobrze.
Stopy procentowe są zbyt wysokie, a złoty pewnie zbyt mocny. Tyle tylko, że zmiana tych parametrów nie zależy wcale od skuteczności jakiejkolwiek cudownej różdżki. I wcale nie musi przynieść oczekiwanych rezultatów. Co więcej, przykłady niektórych gospodarek zaprzeczają lansowanej chętnie przez populistyczne ugrupowania tezie, iż winę za nasze kłopoty ponosi właśnie mocny złoty. Choć nie można porównywać Polski np. do Wielkiej Brytanii, to warto zwrócić uwagę na to, jak od połowy lat 90. zachowuje się tamtejsza gospodarka. Jak zauważają specjaliści ze Svenska Handelsbanken (The Euromoney Foreign Exchange & Treasury Management Handbook 2002, str. 109), właśnie przy uważanej za przewartościowaną walucie Brytyjczycy doświadczyli szybszego wzrostu gospodarczego niż w innych krajach Europy. Kłopoty, jakie siła funta zafundowała przemysłowi, były w skali gospodarki równoważone z nawiązką dynamiką rozwoju usług. Analitycy wspomnianego banku zauważają - nieco żartobliwie - że widocznie Wielka Brytania przyzwyczaiła się już do życia z mocnym funtem. Albo też to funt nauczył się koegzystować z silną gospodarką.
Odwiedzając Wielką Brytanię faktycznie trudno nie dziwić się, jakim cudem ten kraj funkcjonuje tak efektownie. Ceny są astronomiczne. Koszty wytworzenia produktów i ceny usług też muszą być wysokie. A tymczasem w sklepach raczej nie bardzo można trafić na produkty z teoretycznie o wiele tańszej Polski. I nie chodzi tu chyba tylko o bariery handlowe czy nieumiejętność sprzedawania naszych towarów przez rodzimych eksporterów. Można domniemywać, że coś jest nie tak z naszą konkurencyjnością. Czyżbyśmy byli więc biedni i drodzy? Niestety, trochę na to wygląda. Tyle że to wcale nie wina złotego (choć na pewno przyczynia się on do tych kłopotów).
Przykład brytyjski musi boleć zwolenników prostych, ponoć cudownych metod ożywiania gospodarki, choćby przez dewaluację. Oczywiście, powtarzam - nie możemy porównywać naszej cherlawej socjalistyczno-kapitalistycznej gospodarki z brytyjską. Niemniej opisany powyżej paradoks daje dużo do myślenia. Oczekując więc stopniowego spadku stóp procentowych i tym samym osłabiania presji na umacnianie złotego, nie oczekujmy cudów. Zmiana tych parametrów nie jest gwarancją sukcesu gospodarczego. Zbyt gwałtowne zmiany są natomiast niemal stuprocentową gwarancją pojawienia się nagłej nierównowagi makroekonomicznej, rozkołysania gospodarki i - w efekcie - spektakularnej katastrofy. Zamiast więc zaklinać poziom stóp procentowych i majstrować przy kursie walutowym, politycy powinni skupić się na zadbaniu o zdrowe fundamenty gospodarki. Zresztą złoty i tak ma w nosie zaklęcia.