W ostatnich kilku latach obserwowaliśmy gwałtowny wzrost liczby nowych zakładów ubezpieczeń - od 1995 r. działalność operacyjną rozpoczęły 34 podmioty. Wprawdzie tempo zakładania nowych spółek systematycznie maleje - w 2001 roku licencje otrzymały "tylko" trzy podmioty - jednak sytuacja jest o wiele lepsza niż w sektorze bankowym, gdzie liczba podmiotów, m. in. w wyniku fuzji, maleje. Co ciekawe, w resorcie finansów znajduje się kilka wniosków o wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności ubezpieczeniowej, z czego przynajmniej dwa mają zostać rozpatrzone do końca tego półrocza. Ten niegasnący optymizm może nieco dziwić, zwłaszcza jeśli popatrzymy na zmniejszający się z roku na rok popyt na ubezpieczenia. Należy mieć nadzieję, że inwestorzy zdają sobie sprawę, że rzeczywisty potencjał polskiego rynku ubezpieczeń dobrowolnych to 2-3 miliony klientów indywidualnych, a ci w większości wykupili już polisy. Teraz firmy mogą rosnąć jedynie kosztem swoich konkurentów, a przecież nikt nie odda swojej pozycji bez walki.
Biznesplan czy fikcja
Inwestor składający wniosek o wydanie zezwolenia na prowadzenie działalności ubezpieczeniowej, oprócz dokumentów potwierdzających jego wiarygodność finansową, musi złożyć również dwie wersje 3-letniego planu rozwoju (optymistyczną i pesymistyczną). Plany te zawierają m.in. symulację kosztów działalności, założenia co do przypisu składki brutto i wypłacanych odszkodowań, na bazie których wyliczany jest margines wypłacalności, czy wartość aktywów na pokrycie zobowiązań. Niestety, okazało się, że większość biznesplanów nie miała oparcia w rzeczywistości i lądowała najczęściej w koszach. Nowo mianowane zarządy, chcąc najprawdopodobniej przypodobać się właścicielom czy też przestraszyć konkurentów, prześcigały się w licytacji, kiedy znajdą się w dziesiątce największych ubezpieczycieli pod względem zbieranej składki brutto. A zyski? Te miały pojawić się już po pięciu latach od rozpoczęcia działalności. I pewnie pojawiłyby się, gdyby nie krnąbrni klienci, którzy zupełnie nie przejęli się planami ubezpieczycieli. Gorzej, stali się tak wybredni, że nie wiadomo, czym można przekonać ich do swojej oferty.
Rozpoczęcie działalności jest zawsze najbardziej kosztowne. Oczywiście, inwestorzy skłonni są na początku płacić za pozyskanie miejsca na rynku. Z analizy zezwoleń wydanych w ostatnich dwóch latach wynika, że wpłacają na kapitał założycielski 20-30 mln zł, a na fundusz organizacyjny do 10 mln zł (spółka finansuje z niego m. in.: tworzenie administracji, zorganizowanie sieci przedstawicielstw, szkolenie pracowników i agentów). Co jednak się stanie, jeśli nie będzie planowanych przychodów ze sprzedaży, przez co spółka będzie generować jedynie koszty? Niestety, mamy takie przykłady na rynku, że koszty zarządu są wyższe niż wpływy ze składek.
Wróg numer jeden