"Zadłużanie ponad granice zdrowego rozsądku nie prowadzi do żadnego trwałego ożywienia, grozi natomiast bolesną śmiercią". Proponuję, by hasła tego typu rozwiesić w korytarzach sejmowych. I uzupełnić ów przekaz o reporterskie migawki o zestresowanych obywatelach Argentyny, Urugwaju czy Brazylii. Po co? Po to, by pokazać, jak wygląda sytuacja w krajach usiłujących zaczarować rzeczywistość przez szukanie "cudownych" recept (np. usztywnienie kursu) i jednocześnie lekceważących problem gigantycznego zadłużenia. W pewnym momencie ułuda pryska, kasa odpływa z siłą wodospadu, ludzie szturmują banki, kurs walutowy pada, stopy procentowe biją rekordy w skoku wzwyż... Dochodzi do rozruchów. A kraje takie, zmuszone do żebrania o pomoc zewnętrzną, na długie lata tracą wiarygodność na rynku międzynarodowym. Wzrost ryzyka przekłada się na pieniądze - nawet po ustabilizowaniu sytuacji i stłumieniu buntów społecznych - za pożyczane z trudem sumy kraje te muszą słono płacić....
Tę hiobową, ale przecież realną wizję przypominam, widząc niegasnącą wciąż tęsknotę za jakimiś drogami na skróty w gospodarce. Cholera człowieka bierze zwłaszcza wtedy, gdy trzeba ludziom przypominać, że zaciągane kredyty muszą być spłacone. Nadzieje na to, że przez zadłużanie można sfinansować trwałe ożywienie gospodarki, są cokolwiek naiwne. Z długami jak z alkoholem. Jest całkiem fajny, ale od nadmiaru boli głowa i pustoszeje kieszeń. I można naprawdę zabrnąć w ślepą uliczkę.
Długi zaciągane przez budżet stają się obciążeniem kieszeni wszystkich podatników na długie lata. Radość z wysokiego oprocentowania obligacji skarbowych jest głupotą - odsetki wypłacacie sobie sami, Szanowni Państwo. Stare długi państwo spłaca, zaciągając nowe. A zwiększanie zadłużenia prowadzi zwykle do wzrostu oczekiwań kredytodawców (inwestorów) - chcą wyższych odsetek, co prowadzi do wzrostu stóp procentowych. Banały? No, niekoniecznie. Mam wrażenie, że dla wielu osób fakt, że poziom zadłużenia państwa i skala emisji papierów skarbowych oddziałuje na poziom rynkowych stóp procentowych, to wielkie odkrycie lub czarna magia...
Cieszyć może fakt, że szef resortu finansów deklaruje zamiar ograniczania deficytu budżetowego. Trzymamy za słowo i zobaczymy, jak to będzie wyglądało w praktyce. Liczymy także, że koledzy ministra z socjalno-ludowej koalicji nie zapragną sięgnąć po zdobycze twórczej księgowości i metody podmiatania deficytu pod budżetowy dywan. Tych zaś ostrzegamy, że analitycy są wredni. Zwłaszcza gdy minister finansów z wyraźną niechęcią mówi o roli analityków. Nic tak nie zachęca do wytężonej pracy, jak przekora...
PS