Zjawisko niewypłacania należnych świadczeń pracownikom w Polsce narasta. Coraz częściej słychać o wielomiesięcznym wstrzymywaniu wynagrodzeń pracownikom zakładów stojących na skraju bankructwa, płaceniu im w ratach lub z opóźnieniem. Problemy dotyczą różnych branż. Nie należą do rzadkości firmy, w których szef jest jedyną osobą zatrudnioną na umowę o pracę, pracownicy zaś, na umowach cywilnoprawnych, dostają wynagrodzenia od przypadku do przypadku, od lat nie mają opłacanych składek na ZUS, a bywa, że i zaliczek na podatek dochodowy. Godzą się jednak na to, bo lepsza taka praca niż żadna.
O skali zjawiska niewypłacalności firm, które jeszcze nie upadły, nawet szacunkowo, nie potrafi powiedzieć ani ministerstwo pracy, ani ministerstwo gospodarki. Badań takich nigdy dotąd nie robił GUS. Także OPZZ i Państwowa Inspekcja Pracy nie mają informacji na ten temat. Cząstkowe dane z ankiet uzyskał NSZZ Solidarność.
Na temat ewentualnych przyszłych upadłości firm, ale tylko tych zatrudniających powyżej 1000 pracowników, szacunkowe dane od swoich oddziałów terenowych, z prasy oraz zasłyszanych informacji zbiera Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych (FGŚP).
Za 6 miesięcy tego roku Fundusz wypłacił już 211,5 mln zł. Tą kwotą zaspokoił 153 527 różnych świadczeń (zaległa płaca, odprawa, urlop, chorobowe itp. świadczenia wynikające z kodeksu pracy i zgodnie z ustawą o FGŚP). Władze Funduszu spodziewają się, że do końca roku wypłaci jeszcze ok. 200 mln zł.
Przy stale wzrastającej liczbie upadłości Funduszowi Gwarantowanych Świadczeń Pracowniczych brakuje pieniędzy na regulowanie zaległości. Ze składki (0,08% od wynagrodzenia, czyli 1,65 zł od średniej płacy) FGŚP zbiera miesięcznie do 10 mln zł. Z pieniędzy odzyskanych z masy upadłościowej przedsiębiorstw ma ok. 20 mln zł, co razem daje 30 mln miesięcznie. - A ostatnio napływ wniosków jest tak duży, że potrzebujemy ok. 60 mln miesięcznie - powiedział Lesław Abramowicz, dyrektor Krajowego Biura Funduszu.