Po druzgocącym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie abolicji Grzegorz Kołodko powiedział w wywiadzie radiowym: Trybunał nie jest nieomylny. Przy zarzutach, że nawet nie wyraził ubolewania z powodu abolicyjnej wpadki odparł, że przeprasza tylko wtedy, gdy się pomyli. Po złożeniu przez opozycję wniosku o wotum nieufności zasugerował, że nie będzie z nią współpracował. Podziękował jej w czasie debaty w sprawie wotum nieufności, że umożliwiła mu w ten sposób przypomnienie głównych tez reform rządowych. Przy okazji jeszcze raz zareklamował stronę internetową Ministerstwa Finansów.
- Grzegorz Kołodko to barwna postać, ma swój charakter. Kto wie, czy to nie jest najlepsza osoba na stanowisko ministra finansów w sytuacji, gdy z jednej strony mamy silny nurt liberalny, a z drugiej coraz głośniejszy populizm. To pewnie najlepszy kandydat do przeprowadzenia reformy systemowej w tym układzie politycznym - mówi prof. Adam Noga, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.
Rynek się bał
Gdy w lipcu Grzegorz Kołodko obejmował urząd wicepremiera i ministra finansów, złoty zaczął tracić na wartości. Inwestorzy bali się zaostrzenia konfliktu z NBP, prób dewaluacji złotego, interwencjonizmu w gospodarce, rozluźnienia polityki budżetowej. Przez pierwsze dni urzędowania nowy szef resortu milczał. I to wystarczyło, by na rynkach zagościła niepewność. Jedynym źródłem wiedzy na temat jego poglądów na temat uzdrowienia sytuacji gospodarczej był artykuł prasowy, w którym prof. Kołodko postulował m.in. zdewaluowanie złotego do poziomu 4,35 za euro i wprowadzenie zarządu walutą.
Wystarczyła jedna konferencja prasowa Grzegorza Kołodki (16 lipca br.), by wszystko wróciło do normy. Okazało się, że nie będzie rewolucji w polityce budżetowej, na dodatek wicepremier zapowiedział ograniczanie deficytu. Wojna z bankiem centralnym nie wybuchła, a naciski polityczne na tę instytucję z czasem nawet zelżały. Stało się jasne, że poglądy prof. Grzegorza Kołodki i ministra finansów Grzegorza Kołodki to dwie różne sprawy.