Reklama

Pierwsze półrocze ministra finansów Grzegorza Kołodki

Budżet uchwalony najszybciej w III RP, trafne prognozy dotyczące wzrostu gospodarczego w tym roku, porażki w sprawach abolicji podatkowej i deklaracji majątkowych oraz oddłużania przedsiębiorstw - to w dużym skrócie obraz pół roku pracy ministra finansów Grzegorza Kołodki. Krytykowany za arogancję i butę, chwalony za konsekwencję w działaniu i nietuzinkowe pomysły, wicepremier jest jedną z najbardziej kontrowersyjnych postaci rządu.

Publikacja: 21.12.2002 09:09

Po druzgocącym orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie abolicji Grzegorz Kołodko powiedział w wywiadzie radiowym: Trybunał nie jest nieomylny. Przy zarzutach, że nawet nie wyraził ubolewania z powodu abolicyjnej wpadki odparł, że przeprasza tylko wtedy, gdy się pomyli. Po złożeniu przez opozycję wniosku o wotum nieufności zasugerował, że nie będzie z nią współpracował. Podziękował jej w czasie debaty w sprawie wotum nieufności, że umożliwiła mu w ten sposób przypomnienie głównych tez reform rządowych. Przy okazji jeszcze raz zareklamował stronę internetową Ministerstwa Finansów.

- Grzegorz Kołodko to barwna postać, ma swój charakter. Kto wie, czy to nie jest najlepsza osoba na stanowisko ministra finansów w sytuacji, gdy z jednej strony mamy silny nurt liberalny, a z drugiej coraz głośniejszy populizm. To pewnie najlepszy kandydat do przeprowadzenia reformy systemowej w tym układzie politycznym - mówi prof. Adam Noga, wiceprezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego.

Rynek się bał

Gdy w lipcu Grzegorz Kołodko obejmował urząd wicepremiera i ministra finansów, złoty zaczął tracić na wartości. Inwestorzy bali się zaostrzenia konfliktu z NBP, prób dewaluacji złotego, interwencjonizmu w gospodarce, rozluźnienia polityki budżetowej. Przez pierwsze dni urzędowania nowy szef resortu milczał. I to wystarczyło, by na rynkach zagościła niepewność. Jedynym źródłem wiedzy na temat jego poglądów na temat uzdrowienia sytuacji gospodarczej był artykuł prasowy, w którym prof. Kołodko postulował m.in. zdewaluowanie złotego do poziomu 4,35 za euro i wprowadzenie zarządu walutą.

Wystarczyła jedna konferencja prasowa Grzegorza Kołodki (16 lipca br.), by wszystko wróciło do normy. Okazało się, że nie będzie rewolucji w polityce budżetowej, na dodatek wicepremier zapowiedział ograniczanie deficytu. Wojna z bankiem centralnym nie wybuchła, a naciski polityczne na tę instytucję z czasem nawet zelżały. Stało się jasne, że poglądy prof. Grzegorza Kołodki i ministra finansów Grzegorza Kołodki to dwie różne sprawy.

Reklama
Reklama

Kontrowersje jednak były. Wywołał je plan naprawy gospodarki: umorzenie zaległości podatkowych firm, pomoc dla przedsiębiorstw o dużym znaczeniu dla rynku pracy, kredyty podatkowe dla nowych podmiotów. Dla liberalnych ekonomistów było to równoznaczne z państwowym interwencjonizmem. Na dodatek plany umorzenia niezapłaconych należności wobec fiskusa mogły skłócić środowisko przedsiębiorców.

- Poczuliśmy się jak frajerzy. Okazało się, że ci, którzy są sprawni, dostaną karę w postaci podatków w odróżnieniu od firm nierentownych - mówi dziś Jeremi Mordasewicz, ekspert Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych.

Trzy punkty

Wspieranie przedsiębiorczości to jeden z głównych priorytetów polityki gospodarczej rządu. Minister finansów rozumie go na swój sposób. Po 16 lipca stało się jasne, że podatki mogą spełniać inne funkcje, niż tylko fiskalne. Większość pomysłów z pakietu antykryzysowego ocierała się o system podatkowy. Z drugiej strony resort zafundował firmom 27-proc. CIT w przyszłym roku, choć wcześniej w ustawie zapisano 24-proc. podatek.

Fiskalna pomoc dla firm autorstwa G. Kołodki polegała na trzech głównych punktach. Pierwszym było oddłużenie. Miało pomóc przedsiębiorstwom w złapaniu drugiego oddechu i zapobiec ich upadłości. Przy okazji operacja miała zapewnić budżetowi ok. 1,3 mld zł wpływów restrukturyzacyjnych. Dziś już wiemy, że celu fiskalnego nie udało się osiągnąć. W budżecie z restrukturyzacji będzie ok. 625 mln zł. Do programu przystąpiło ok. 60 tys. firm. Według ministerialnych planów miało być 210 tys.Kij i marchewka

Druga część pakietu miała pobudzać przedsiębiorczość. Najważniejsze rozwiązanie to umożliwienie nowo powstałym firmom zaciągania tzw. kredytu podatkowego. W praktyce jest to roczne odroczenie płatności podatku dochodowego. Na ocenę skuteczności tego instrumentu jest jeszcze za wcześnie, bo korzystać z niego mogą firmy powstałe po 26 października tego roku.

Reklama
Reklama

Do walki z zatorami płatniczymi służyć ma premia podatkowa, czyli możliwość zaliczania w koszty trudno ściągalnych należności od kontrahentów. Firmy zgłosiły do odliczenia ponad 5 md zł. Resort szacował, że będzie to pięciokrotnie mniej.

Taktykę kija i marchewki wicepremier próbował zastosować wobec wszystkich podatników. Z jednej strony zaproponował abolicję podatkową, z drugiej utrzymał zamrożenie progów. Ustawa o abolicji i deklaracjach majątkowych była zresztą jego największym błędem, o czym mógł się przekonać 20 listopada, słuchając orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego.

Przed nami reforma

Według prof. Adama Nogi, minister finansów powinien wykorzystać to, że opinia publiczna całą uwagę skupiła na sprawie abolicji i spokojnie przygotować reformę finansów publicznych. Wszystko wskazuje na to, że tego nie zrobił.

- To nie był głupi pomysł: podrzucić opinii publicznej atrakcyjny i nośny temat, a samemu w spokoju zająć się ważnymi sprawami. Wygląda jednak na to, że wicepremier w tej kampanii przesadził - uważa prof. Noga. Jednak - jego zdaniem - nie ma wątpliwości, że Grzegorz Kołodko jest w stanie przeprowadzić reformę. - Dziś, żeby coś zrobić w finansach publicznych trzeba, być kaskaderem. Grzegorz Kołodko się do tego nadaje, ale tak naprawdę sam niewiele może. To już sprawa rządu. Tymczasem zbliża się referendum unijne, nikt nie będzie chciał ryzykować społecznych napięć - mówi.

Wiele wskazuje na to, że jednym z głównych punktów reformy będą zmiany w strukturze wydatków budżetowych. Wicepremier zdaje sobie sprawę, że "odsztywnianie" budżetu nie będzie zabiegiem mile widzianym przez prosocjalnie nastawionych polityków. Kilkakrotnie powtarzał w parlamencie, że jest ciekaw, jakie uzyska poparcie dla swoich planów.

Reklama
Reklama

Tymczasem opozycja i część ekonomistów krytykuje go za zaniechanie próby rozpoczęcia reformy już w 2002 r. Według nich, czekanie do przyszłego roku spowoduje, że w 2004 r. gospodarka przeżyje dodatkowy wstrząs. Jeden z pewnością będzie związany z wejściem do Unii Europejskiej.

Budżet na przeczekanie

Adwersarze wicepremiera Kołodki jako dowód zaniechania pokazują pasywnie skonstruowane wydatki w budżecie na 2003 r. i "radosną twórczość" po stronie dochodów. Co z tego - mówią - że może uda się osiągnąć 3,5-proc. wzrost, skoro część wpływów jest wirtualna. Opozycja przez cały czas domagała się wyjaśnień, dlaczego uwzględnia się w nich ok. 370 mln zł z tytułu zobowiązań za opłaty koncesyjne operatorów telefonii stacjonarnej. Według planu, mają zostać zamienione na akcje, które obejmie Skarb Państwa. Poza tym, na jakiej podstawie oszacowano, że lepsza ściągalność podatku VAT da 1,2 mld zł? Do tego doszła jeszcze inicjatywa parlamentu, który warunkowo dołożył 800 mln zł z akcyzy i ceł oraz skonsumował rezerwy w wydatkach na obsługę długu, które - również warunkowo - przeznaczył m.in. na dodatki mieszkaniowe, pomoc społeczną i budowę warszawskiego metra.

Kotwica zerwana

Krytyka budżetu stała się wyjątkowo głośna, gdy na dwa dni przed drugim czytaniem projektu w Sejmie okazało się, że nie będzie abolicji podatkowej (ubytek 600 mln zł w dochodach), a restrukturyzacja należności przedsiębiorstw nie przebiega tak, jak to zaplanowało Ministerstwo Finansów (ok. 700 mln zł mniej). Gdyby nie szczęśliwy zbieg okoliczności i większa, niż wcześniej zakładano, wpłata z zysku NBP, budżet na 2003 r. znalazłby się w poważnych opałach.

Reklama
Reklama

Minister Kołodko szybko dał do zrozumienia, że nie zamierza kontynuować polityki swojego poprzednika w części poświęconej wydatkom. Bez skrupułów zerwał tzw. kotwicę Belki (reguła, zgodnie z którą wydatki państwowej kasy miały rosnąć o inflację plus 1 pkt. proc.). Ustanowienie tej zasady większość analityków przyjmowała z akceptacją, bo pozwalała przynajmniej w części przewidzieć politykę budżetową rządu i dawała pewne poczucie kontroli nad finansami publicznymi. Tymczasem nowy szef resortu finansów nazwał ją hiperindeksacją.

Ukrywanie dziury

Ekonomiści nie podzielili optymizmu wicepremiera, który uznał za sukces obniżenie deficytu budżetowego do 38,7 mld zł. Ich zdaniem, to zaniżona kwota, bo część dziury budżetowej jest ukryta w finansach agencji i funduszy celowych. Za wyjątkowo szkodliwe eksperci uznali zmniejszanie dotacji do agencji i funduszy kosztem zwiększania ich niedoborów.

Eksperci współpracujący z ministrem zwracają natomiast uwagę, że trudno w obecnej sytuacji społecznej ciąć wydatki już w projekcie budżetu. Według prof. Andrzeja Wernika, to, że w ustawie zapisano dochody na wysokim poziomie, bazując na wyśrubowanej prognozie wzrostu gospodarczego, to nie jest wada. - Jeśli się nie uda ich osiągnąć, wówczas pod koniec roku budżetowego Ministerstwo Finansów będzie musiało ciąć wydatki. Prawda jest taka, że łatwiej jest to wtedy zrobić, niż zapisać od razu w projekcie. Gdyby rząd zdecydował się na niższą prognozę dochodów, to musiałby przyjąć większy deficyt. I nie byłoby żadnego bodźca do ograniczania wydatków - mówił przed kilkoma tygodniami prof. Andrzej Wernik.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama