Reklama

Rada Polityki Pieniężnej nie musi iść za rynkiem

Z Dariuszem Filarem, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, rozmawia Marek Siudaj

Publikacja: 29.04.2004 09:16

Czuje się Pan jastrzębiem? Zwolennikiem restrykcyjnej polityki pieniężnej?

Polityka pieniężna powinna być adekwatna do postawionego celu inflacyjnego. Czuję się związany - a sądzę, że także wszyscy członkowie Rady - tym, co powiedzieliśmy na pierwszym posiedzeniu. Mianowicie - podtrzymaliśmy strategię inflacyjną przyjętą jeszcze w 2003 roku, czyli ciągły cel inflacyjny na poziomie 2,5%, z możliwością wahań plus/minus 1%. I teraz musimy tak prowadzić politykę pieniężną, aby ten cel zrealizować.

Rada rozpoczęła urzędowanie od dość istotnego ostrzeżenia - czyli zapowiedzi zmiany nastawienia z neutralnego na restrykcyjne. Czy już wtedy było widoczne zagrożenie dla inflacji?

Sądzę, że tak. Proszę zwrócić uwagę, że w postępowaniu Rady jest wyraźna chęć unikania zaskakiwania rynku i przekazywania opinii w sposób - powiedziałbym - spokojnie narastający. Na pierwszym posiedzeniu zasygnalizowaliśmy, że może nastąpić zmiana nastawienia. Podtrzymaliśmy stanowisko na kolejnym. Na trzecim to zrobiliśmy. Co sprawiło, że ten krok naprzód wykonaliśmy? Przede wszystkim widzimy, że przyspieszenie gospodarcze jest mocniejsze niż oczekiwania i prognozy, a szybki wzrost gospodarczy sam w sobie rodzi ryzyko inflacji. Z drugiej strony dostrzegamy, że z różnych powodów rosną oczekiwania inflacyjne. I tutaj przez minione trzy miesiące nic się nie zmieniło - one z miesiąca na miesiąc systematycznie rosną. Wreszcie obserwujemy zagrożenie ze strony tak zwanych wstrząsów podażowych, dotyczące przede wszystkim rosnących cen ropy naftowej i surowców, a także artykułów rolnych.

Wszystkie te elementy - oczekiwania, wstrząsy podażowe, przyspieszenie wzrostu były widoczne już wcześniej, tyle że występują z coraz większym natężeniem.

Reklama
Reklama

W takim razie co zdecydowało, że Rada podjęła decyzję o zmianie nastawienia? Tylko zmiana natężenia wymienionych czynników?

Tak. Zwróciłbym uwagę na bardzo mocny wzrost sprzedaży detalicznej. Wzrost, który nie tłumaczy się redukcją depozytów gospodarstw domowych, bo ona była nieznaczna i wynikała albo z wahań kursowych, albo z przesuwania środków do funduszy inwestycyjnych, które po raz pierwszy od pół roku miały dobry miesiąc.

Jak poszukamy źródła finansowania, to się okaże, że były nim bardzo intensywnie rosnące płace. Nominalnie wzrosły w sektorze przedsiębiorstw o 7%. Powiększył się także fundusz jako całość. W przedsiębiorstwach, którym szczególnie dobrze się powodzi, płace wzrosły nawet o ponad 10% w stosunku do stanu sprzed roku.

Oznacza to, że w rękach społeczeństwa już się pojawia więcej pieniądza. GUS informuje, że przedsiębiorcy zgłaszają coraz większe zapotrzebowanie na ręce do pracy. To wszystko razem prowadzi do przekonania, że presja popytowa, a w konsekwencji presja inflacyjna, zaczyna przybierać na sile.

Wspomniał Pan o rosnącej sprzedaży detalicznej. Spora część tego wzrostu jest generowana przez obawy związane z Unią Europejską. To ów słynny cukier czy materiały budowlane.

Możemy przyjąć taki punkt widzenia, że jakaś część popytu konsumpcyjnego wynika z chęci uniknięcia podwyżek, których obawiają się konsumenci w przyszłości. Natomiast niezależnie od tego, jaki jest motyw kupowania, musi być ono w jakiś sposób sfinansowane. Tymczasem nie jest finansowane redukcją kiedyś poczynionych oszczędności, tylko bierze się stąd, że gospodarstwa domowe dysponują większymi przychodami bieżącymi.

Reklama
Reklama

Zmiana nastawienia oznacza, że RPP dostrzega coraz większą groźbę dla celu inflacyjnego. Jaka jest w takim razie prognoza Rady, dotycząca inflacji na - powiedzmy - najbliższe 1,5 roku?

NBP od dawna pracuje nad projekcją inflacji, czyli scenariuszem wzrostu tego wskaźnika, zakładającym, że nie zmienią się stopy procentowe. Publikowanie takiej projekcji mieści się w strategii bezpośredniego celu inflacyjnego. Śledzimy, jak instrument, wytwarzający taką projekcję, się rozwija, jakie generuje wartości, ale wyniki nie są jeszcze przedmiotem publikacji. Być może zrobAnalitycy mówią o podwyżkach stóp w tym roku na poziomie 50 pkt bazowych. To - po okresie obniżania stóp - dość sporo. Czy nie ma obawy, że takie podwyżki uderzą w gospodarkę i spowodują osłabienie wzrostu gospodarczego?

Rzeczywiście, jeśli popatrzymy na kontrakty FRA, czyli zorientowane w przyszłość, zwłaszcza na dłuższe terminy, 9-miesięczne, to rzeczywiście odzwierciedlają one oczekiwanie na wzrost stóp od 50 do nawet 75 punktów. Ale to jest gra rynku. Rada nie musi iść za rynkiem, obserwuje, jak on się zachowuje, ale nie musi spełniać jego oczekiwań...

Skoro Rada zapowiadała możliwość zmiany nastawienia, to czy teraz zacznie zapowiadać możliwość podwyższenia stóp procentowych?

Nie sądzę. Sformułowanie, że przeszliśmy do nastawienia restrykcyjnego, jest jednoznaczne. Natomiast czy podwyżka stóp zahamuje wzrost gospodarczy? W tych przedsiębiorstwach, którym dobrze się wiedzie, istnieją ogromne rezerwy finansowe. Jeśli popatrzymy tylko na depozyty przedsiębiorstw, to mamy w skali dwunastomiesięcznej przyrost piętnastomiliardowy. To są naprawdę ogromne pieniądze. Można więc oczekiwać, że wiele potrzeb inwestycyjnych będzie finansowanych ze środków własnych. Poza tym, jeśli Rada zdecyduje się na podniesienie stóp, to nie musi to oznaczać, że przy obecnej konkurencji w sektorze bankowym natychmiast proporcjonalnie podniosą się stopy oprocentowania kredytu.

Innym czynnikiem, zagrażającym gospodarce, jest możliwy kryzys finansów publicznych. Na ile ta groźba jest realna? Zwłaszcza że sprawa ograniczania wydatków obecnie przycichła.

Reklama
Reklama

W tej chwili najpilniejszą sprawą jest powołanie rządu, co siłą rzeczy spycha reformę finansów publicznych na drugi plan. I nawet jeśli pewne działania w zakresie naprawy finansów publicznych zostaną opóźnione, to przed nimi nie uciekniemy. Ten czy inny rząd będzie musiał do tego wrócić. Zwłaszcza, pomijając nawet progi ostrożnościowe, brak reformy wiąże się ze wzrostem potrzeb pożyczkowych. To pociąga za sobą gorsze warunki dla lokowania na rynku papierów skarbowych, podnosi więc koszty obsługi długu.

Czy RPP analizowała, jak wejście Polski do Unii Europejskiej odbije się na wpływach do budżetu, na przykład z VAT?

W tak szczegółowe kwestie nie wchodziliśmy. Bierzemy pod uwagę, że wejście do Unii stwarza określone problemy dla finansów publicznych, ale nie uważamy, by to były czynniki przesądzające o kondycji finansów publicznych.

Rząd omawiał niedawno założenia do programu konwergencji, w których pojawiła się prognoza, że w 2007 r. spełnimy kryteria fiskalne, umożliwiające wejście do strefy euro. Deficyt finansów publicznych w 2007 roku ma spaść nawet do 1,5% PKB. Czy to możliwe?

To próba prognozowania tego, jak ukształtuje się sytuacja przy określonych założeniach. Mam takie odczucie, że pierwotne nastawienie było takie, że powinien być to rok 2007 i pod tym kątem prognoza była konstruowana. Realność dokonania tak głębokiej naprawy finansów publicznych, by kryteria fiskalne były spełnione w 2007 r., budzi moje poważne wątpliwości.

Reklama
Reklama

Innymi słowy - nie ma szansy, aby w 2007 roku przyjąć euro. O takim terminie do tej pory mówili przedstawiciele NBP.

Byłoby to ogromnym zrządzeniem losu, gdyby powstały warunki, pozwalające na wprowadzenie euro w Polsce w 2007 roku.

Jeżeli nie w 2007 roku, to kiedy?

Najwcześniej, jak tylko umożliwią to warunki.

Dziękuję za rozmowę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama