Od pewnego czasu zastanawiałem się, na czym potknie się w końcu najpopularniejszy polityk w kraju - premier Kazimierz Marcinkiewicz. Bo przecież nie ulega wątpliwości, że na czymś potknąć się wreszcie musi. A tu nic i nic...
Słupki w sondażach uwielbienia przez społeczeństwo tylko rosną. Na niwie polityki międzynarodowej tylko "yes, yes, yes". W kraju też "3 x tak". I nawet opozycja jakoś dziwnie oszczędza uśmiechniętego szefa rządu, choć jego ministrów co chwila ma za chłopców do bicia. I dopiero wczoraj głośno powiedziano, co dla premiera Marcinkiewicza jest najniebezpieczniejsze - ubezpieczenia. Dokładniej zaś PZU i kierujący nim Cezary Stypułkowski.
Okazało się, że człowieka tak związanego z poprzednim układem (właściwie wystarczyłoby samo "z układem"), jak prezes PZU, wiodąca dziś partia nie może już dłużej tolerować. Tak na marginesie, ciekaw jestem, jakie pytanie premier słyszał ostatnio częściej: "Kiedy poda się do dymisji" (z ust dziennikarzy) czy "Kiedy pozbędzie się Stypułkowskiego" (z ust partyjnych kolegów). Pretensje PiSowskich bossów są więc jak najbardziej na miejscu.
Nikt nie ma jednak za złe Kazimierzowi Marcinkiewiczowi, że prezesem Telekomunikacji Polskiej jest, kojarzony z lewicą, Marek Józefiak, a banku Pekao - o zgrozo - liberał Jan Krzysztof Bielecki. I szef rządu z pewnością też to zauważył.
Chcę więc wierzyć, że słowa o prywatyzacji kilku państwowych wciąż przedsiębiorstw, jakie padły z jego ust podczas wczorajszej wizyty na warszawskiej giełdzie, nie były tylko czczą obietnicą bez pokrycia.