Wczoraj miało miejsce pierwsze "merytoryczne" posiedzenie sejmowej komisji, która ma się zająć nieprawidłowościami przy prywatyzacji sektora bankowego. Już sam start jej działalności pokazał jednak, że wiele nie powinniśmy się po niej spodziewać. Dziesiźcioro posłów na samym początku zażądało tylu dokumentów (z Kancelarii Sejmu, od premiera, ministra spraw wewnętrznych - tutaj w grę wchodzą "papiery" związane nie tyle z prywatyzacją, ile w ogóle z "osobami związanymi z bankowością", do tego dojdzie oczywiście NBP, a zapewne także resort finansów), że do ich sensownego przetworzenia będzie potrzeba niemałej grupy ludzi. I dużo czasu.
To oznacza, że - jak można było oczekiwać - komisja, choć śledcza, ma ogromne szanse upodobnić się do komisji stałej. Przynajmniej w tym sensie, że będziemy świadkami jej prac nie przez dwa, trzy miesiące, ale być może przez dwa, trzy lata. Masa dokumentów, na jakie "zgłosiła zapotrzebowanie" komisja, wystarczy jednak, by jej członkowie byli w stanie skutecznie zatruwać życie kolejnej sporej grupie ludzi - zwykle pojawiających się w gazetach, zajmujących się finansami, nie polityką.
Taka jest ocena perspektyw działalności komisji śledczej na podstawie sposobu jej powoływania oraz pierwszych spotkań jej członków. Mogą oni oczywiście sprawić, że sceptycy zmienią zdanie i na koniec posłowie za pracź w komisji będą zbierać same pochwały. Takich, którzy w to wierzą, z pewnością nie ma jednak zbyt wielu.