Ferenc Gyurcsany, premier węgierskiego rządu, zwrócił się wczoraj do parlamentu o akceptację swojego programu. Przewiduje, że mimo planowanych oszczędności tegoroczny deficyt może zwiększyć się do 8 proc. produktu krajowego brutto. To bardzo zła wiadomość dla rynku finansowego. Może zrazić inwestorów nie tylko do Węgier, ale także do państw sąsiednich.
Stan finansów publicznych świadczy o tym, jak rządy radzą sobie z wydatkami i przychodami. Inwestorzy kupujący obligacje skarbowe m.in. na tej podstawie starają się ocenić zdolność do wykupu tych papierów.
Węgrzy mają największy deficyt spośród wszystkich państw Unii Europejskiej. Po raz piąty z rzędu nie uda się zrealizować założeń rządu w tym zakresie. Gabinet Gyurcsanya jest pod presją nie tylko Unii Europejskiej, ale cięcia deficytu domagają się też agencje ratingowe i węgierski bank centralny.
W ubiegłym roku deficyt budżetowy na Węgrzech wynosił 6,1 proc. PKB, zaś w tym, według poprzednich prognoz rządu, miał zmniejszyć się do 4,7 proc. Jednak Komisja Europejska szacowała w kwietniu, że dziura w budżecie powiększy się do 6,7 proc. PKB. Teraz okazuje się, że była to zbyt optymistyczna prognoza.
Według Gyuli Totha, ekonomisty Banku Austria Creditanstalt, jedynym możliwym zwiastunem poprawy będzie jeśli w tym roku Węgrzy zdołają "wymieść z kredensu" wszystkie negatywne informacje. Włącznie z odpisami wartości aktywów w zadłużonych spółkach kontrolowanych przez państwo.