Ceny ropy naftowej w Nowym Jorku ponownie przekroczyły próg 75 dolarów za baryłkę (w Nowym Jorku płacono po 75,44 USD). Wpływ na to miała przede wszystkim deklaracja premiera Izraela Ehuda Olmerta, który nie zamierza zaprzestać ataków na siły Hezbollahu w Libanie. Nie udało się go do tego przekonać amerykańskiej sekretarz stanu Condoleezie Rice, która przyjechała do Izraela, by załagodzić konflikt.
Sytuacja sprzyja
W II kwartale ropa w Nowym Jorku kosztowała średnio 70,66 USD za baryłkę, o jedną trzecią więcej niż rok wcześniej. Wzrost cen to woda na młyn dla koncernów wydobywających i przetwarzających ropę, które mogą zarabiać coraz więcej.
Jako pierwszy z paliwowych gigantów wynikami za II kw. pochwalił się wczoraj brytyjski BP. Przeszły oczekiwania analityków. Koncern zarobił na czysto 7,27 mld USD, czyli ok. 30 procent więcej niż w takim samym okresie przed rokiem. Przychody skoczyły o 24 proc., do 72,4 mld USD. A mógł zarobić jeszcze więcej, gdyby umiał lepiej wykorzystać sytuację na rynku ropy - tłumaczyli wczoraj analitycy. Pomijając m.in. wzrost wyceny rezerw surowcowych, koncern zarobił 6,11 mld USD, w porównaniu z 5,81 mld USD rok wcześniej. Prognozy ekspertów mówiły o 5,98 mld USD zysku.
Miliard na dobę