Korzystne nastawienie wzmacniał mocny spadek cen surowców, przede wszystkim paliw. Inwestorzy traktowali go jako czynnik zmniejszający presję inflacyjną. Natomiast nie upatrywali w tym symptomów spowolnienia gospodarczego. Taką interpretację trzeba odczytywać jako wyraz optymistycznych nastrojów, a niekoniecznie trafną ocenę rzeczywistości. Dlaczego? Drożejąca do początków sierpnia ropa nie doprowadziła do wyhamowania światowej gospodarki, więc nie do końca wiadomo, dlaczego teraz spadek jej ceny miałby korzystnie na nią oddziaływać.
Inflacja nadal groźna
Na notowania paliw można spojrzeć też przez pryzmat inflacji i w ten sposób znaleźć pośredni wpływ na gospodarkę. Wyższe ceny paliw powodowały przyspieszenie inflacji i skłaniały banki centralne do zaostrzania polityki monetarnej. Jeśli przyjęlibyśmy taką prostą tezę, to tutaj również pojawiają się wątpliwości. Negatywny wpływ drożejących paliw na inflację stał się zauważalny dopiero po upływie dłuższego czasu. Jednocześnie w połowie tego roku można było zauważyć wyraźną dysproporcję między dynamiką zwyżki ceny ropy (która była niewielka w porównaniu z sytuacją z 2004 czy 2005 r.) a skalą przyspieszenia inflacji na świecie. To wskazywało, że z jednej strony problemy inflacyjne są pochodną przenoszenia przez przedsiębiorstwa wyższych kosztów paliw na odbiorców, a z drugiej mają źródła również w innych czynnikach niż drogie paliwa.
Pierwsze zjawisko jest widoczne szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie tempo wzrostu całkowitej inflacji wyhamowało w tym roku i nie został przekroczony ubiegłoroczny szczyt. Jednak w przypadku inflacji bazowej, nieuwzględniającej cen paliw i żywności, obserwujemy stopniowy i systematyczny wzrost. W sierpniu w porównaniu z tym samym miesiącem 2005 r. bazowy wskaźnik podskoczył o 2,8 proc., czyli najbardziej od przeszło 10 lat. Natomiast na wielu rynkach wschodzących przyspieszenie inflacji ma szersze podłoże niż tylko drogie paliwa. Wiązały się z nadmiernym popytem konsumpcyjnym czy zagrożeniami wynikającymi z deprecjacji lokalnych walut. Te zjawiska wymagały przeciwdziałania ze strony banków centralnych. O ile w Stanach Zjednoczonych cykl podwyżek stóp wiosną tego roku był mocno zaawansowany, o tyle w wielu innych krajach dopiero się zaczynał. W związku z tym w USA już możemy oczekiwać pojawienia się rezultatów podjętych decyzji. Natomiast w wielu innych miejscach świata prawdopodobnie dopiero dadzą o sobie znać.
Rzeczywiście w Ameryce mamy pierwsze niepokojące symptomy. Można na razie jednak mówić o rozpoczęciu łagodnego spowolnienia o zasięgu ograniczonym przede wszystkim do sektorów nieruchomości oraz motoryzacyjnego. W tym kontekście pojawia się pytanie, czy problemy z czasem dadzą o sobie znać w innych segmentach gospodarki, czy może przeżywające kłopoty sukcesywnie zaczną przezwyciężać kłopoty. Wiele tu będzie zależeć od cen nieruchomości w USA. Do sierpnia trzymały się mocno. Jednak i one zaczęły się obniżać. W sierpniu w przypadku nowych domów spadek wyniósł 1,3 proc. Była to pierwsza zniżka od 2003 r. Również ceny na rynku wtórnym obniżyły się. Stało się to pierwszy raz od 11 lat. Hossa na rynku nieruchomości ograniczyła wpływ bessy z lat 2000-2003 na domowe budżety Amerykanów. Pytanie, czy teraz rynek akcji będzie w stanie uzupełnić uszczerbek majątku wynikający z obniżenia wartości nieruchomości.