Niedawno po opublikowaniu informacji o tym, że członek zarządu pewnej giełdowej spółki sprzedał spory pakiet jej akcji (do czego jak najbardziej miał prawo), na jednym z internetowych portali rozgorzała dyskusja. Co się dzieje? Dlaczego? Może ktoś coś wie? Gracze pytali jeden drugiego: czy sprzedawać, kiedy, czy się spieszyć, a może jeszcze dzień-dwa poczekać? Jedni panikowali. Drudzy apelowali o spokój, bo przecież niekontrolowane szaleństwo wyprzedaży może jedynie "zadołować kursem".
Rynkowe działania tych, którzy wiedzą więcej, bacznie obserwowane są przez inwestorów. W końcu tak zwani insiderzy "czują" swoją spółkę - mówiąc delikatniej - ciut lepiej. Nie znaczy to jednak wcale, że każdy ich giełdowy ruch, każda transakcja sprzedaży czy kupna, musi oznaczać coś niezwykłego. Przecież oni, tak jak każdy inny, mają prawo do realizacji zysków czy normalnego inwestowania. No, ale choćby przekonywali z całych sił, że tak jest, i tak im nikt nie uwierzy - bo tak zwany rynek wie lepiej. No, chyba żeby czasami nie wiedział, ale w końcu po to istnieją dyskusyjne fora w sieci, by tam się utwierdzić w swoich przekonaniach o niegodziwych planach prezesów zarządów i członków rad nadzorczych. Nic przecież, o czym większość Polaków świetnie wie, nie dzieje się bez przyczyny. Gdyby jednak nawet tak było, to i tak owi moi podejrzliwi rodacy będą na przegranej pozycji. Ktoś już kiedyś powiedział bowiem, że "dzisiejsi ludzie chcieliby pojutrzejsze życie kupić za przedwczorajszą cenę". A tego zrobić się nie da. Źeby wygrać, trzeba by "niecnych insiderów" uprzedzić w ich decyzjach. Dlatego najlepsze rozwiązanie to zostać insiderem.