Pierwsze objawy wczorajszej awarii pojawiły się już o godzinie 10.08. Wtedy część domów maklerskich straciła łączność z giełdą. W tym samym czasie przestały być obliczane indeksy giełdowe, a wśród nich WIG20, który jest instrumentem bazowym dla kontraktów terminowych cieszących się największym zainteresowaniem inwestorów. Wtedy jednak GPW nie myślała jeszcze o wstrzymaniu handlu. - Przystąpiliśmy do diagnozowania problemu i dość szybko udało nam się przywrócić sprawność całego systemu - tłumaczy Dariusz Kułakowski, dyrektor generalny ds. technologii GPW.
O godzinie 10.30 łączność została więc przywrócona, ale po 10 minutach pojawiły się te same problemy, co wcześniej. - Około godziny 10.50 zapadła decyzja o zawieszeniu sesji - mówi Kułakowski. Tuż po jedenastej system giełdowy nie był już dostępny dla żadnego domu maklerskiego. Giełda przystąpiła do wymiany elementu, który zawiódł. Potrzebowała na to około 30 minut. Kolejne 30 minut zajęło sprawdzenie, czy wszystko działa poprawnie.
- Około 12.50 byliśmy w stu procentach gotowi do wznowienia handlu, zapewnia przedstawiciel GPW. Dlaczego zatem notowania ruszyły dopiero o godzinie 14.00? - Chcieliśmy dać czas domom maklerskim i wszystkim inwestorom na rekonfigurację zleceń. Przyjmowaliśmy je już od 12.50 - tłumaczy Ludwik Sobolewski, prezes GPW. Zaznacza przy tym, że mimo tej awarii średnia dostępności do systemu warszawskiej giełdy i tak jest bardzo wysoka. - Bez wczorajszej sesji dostępność GPW w ostatnich sześciu latach wynosiła średnio 99,96 proc. Po wczorajszej sesji zmniejszyła się do 99,941 proc. - wynika z danych organizatora obrotu. Na pytanie dziennikarzy, czy giełda nie obawia się teraz, że inwestorzy mogą domagać się odszkodowań, prezes Ludwik Sobolewski odpowiedział, że nie.
- Mamy do czynienia z normalnym ryzykiem operacyjnym. Nie widzę powodów, aby w tych okolicznościach obawiać się zasadnych roszczeń ze strony inwestorów - stwierdził.
Domom maklerskim