Skąd bierze się osłabienie amerykańskiej waluty?
Dolar traci na wartości względem innych walut praktycznie nieprzerwanie od 2000 roku. Osobiście traktuję to jako sygnał odpływu kapitału z dotychczasowego centrum finansowego świata w USA na peryferie. W latach 90. sytuacja była dokładnie odwrotna. Synergia technologii komputerowych, telekomunikacyjnych i medialnych, która zrodziła się w Kalifornii, sprawiła, że to właśnie amerykański Nasdaq stał się magnesem dla gotówki z całego świata. Gdy w 2000 roku pękł bąbel internetowy, kierunki się odwróciły. Dodatkowo Japonia i wiele innych krajów rozluźniło politykę monetarną, więc efektem był wzrost cen surowców - szczególnie w segmencie materials i energy. Naturalnymi beneficjentami takiego stanu rzeczy stały się giełdy emerging markets, na których notowanych jest wiele spółek surowcowych. Kapitał zaczął więc odpływać ze Stanów Zjednoczonych, by skorzystać na wzrostach indeksów rynków wschodzących. Z tego też powodu osłabienie dolara jest dla warszawskiej giełdy zjawiskiem jak najbardziej pozytywnym. Dlaczego? Oznacza bowiem, że globalny kapitał wciąż przemieszcza się z USA na emerging markets.
Jak kiepska kondycja wpływa na rynki finansowe?
Konsekwencją nie najlepszej kondycji amerykańskiej waluty jest zacieśnianie polityki monetarnej w USA. W ciągu obecnego cyklu podwyżek stopy procentowe wzrosły już z 1 proc. do 5,25 proc. Taki obrót spraw po prostu zabił rynek nieruchomości. Kryzys obligacji hipotecznych, jaki przez to nastąpił, zaczyna powoli przesączać się na inne instrumenty finansowe. Na jakiej zasadzie działa ten mechanizm? Fundusze inwestycyjne, które potrzebują gotówki, a nie mogą się pozbyć niepłynnych aktywów, zaczynają wyprzedawać także te bardziej chodliwe. Wszystko to nie jest dobrą wróżbą dla rynków.
Czy dolar bywał już tak tani w przeszłości?