Reklama

Moda na giełdę wśród inwestorów i firm ma bardzo solidne p odstawy

Lawinowy wzrost liczby przedsiębiorstw pozyskujących kapitał na giełdzie, atrakcyjne wyceny akcji i stopy zwrotu, duża aktywność inwestorów, bezpieczny handel - na tym lista powodów, dla których firmy i inwestorzy interesuję się GPW, wcale się nie kończy.

Publikacja: 15.12.2007 08:39

O tym, że warszawska giełda cieszy się dużym powodzeniem zarówno u inwestorów, jak i u przedsiębiorstw poszukujących pieniędzy na rozwój, nie trzeba nikogo przekonywać. Wskazuje na to liczba giełdowych debiutów, w tym zagranicznych, wartość obrotów czy popyt na akcje spółek zmierzających na parkiet.

Od początku roku do końca października obroty akcjami (i prawami do akcji) wszystkich firm obecnych na parkiecie GPW sięgnęły 400 mld zł i były większe niż w całym poprzednim roku. Handel powiększa się nieprzerwanie od pięciu lat i w 2007 roku będzie prawdopodobnie aż sześć razy większy niż w 2002 (patrz wykres).

Na giełdzie bezpośrednio lub pośrednio inwestuję miliony Polaków. Na własną rękę swoje pieniądze w notowane na GPW instrumenty lokuje kilkaset tysięcy osób. Na koniec 2006 r. aktywnych było ponad 220 tys. rachunków maklerskich, a inwestorzy indywidualni mieli w zeszłym roku 35-procentowy udział w obrotach na rynku. Jednak jeszcze więcej Polaków powierzyło oszczędności funduszom inwestycyjnym - według naszych obliczeń liczba klientów TFI sięga ponad 3 mln. W październiku 2007 r. aktywa funduszy przekroczyły 145 mld zł, a znaczna ich część ulokowana była w akcjach spółek giełdowych. Do tego dochodzę jeszcze miliony uczestników otwartych funduszy emerytalnych, które również pokaźną część gromadzonych środków lokuję w akcjach.

Wysokie stopy zwrotu

kuszę inwestorów

Reklama
Reklama

Co sprawia, że Polacy coraz chętniej, bezpośrednio lub pośrednio, lokuję na giełdzie? Na atrakcyjność rynku, z punktu widzenia inwestorów, składa się kilka czynników. Po pierwsze, w ostatnich latach na akcjach można było zarobić nieporównanie więcej niż na lokatach bankowych czy też obligacjach. Weźmy dla przykładu okres od końca września 2006 r. do końca września 2007 r., kiedy akcje dały przeciętnie zarobić prawie 75 proc. (uwzględniając nie tylko zmianę kursów akcji, ale również dywidendy i przyznane prawa poboru do nowych akcji). Ktoś, kto miał szczęście i ulokował pieniądze w walorach, które podrożały najbardziej, mógł pomnożyć kapitał nawet 7-krotnie. Co prawda, znalazły się również spółki, których akcje przez ten czas potaniały, ale trzeba było mieć pecha, by zróżnicowany (czyli, jak to się mówi w inwestycyjnym żargonie - zdywersyfikowany) portfel przyniósł straty. W górę poszły bowiem kursy aż 83 proc. firm notowanych na GPW. Pamiętajmy przy tym, że podobne proporcje utrzymuję się na giełdzie od początku hossy w 2003 r. Nie trzeba było zatem wyjątkowych umiejętności, by pomnożyć kapitał. I to pomnożyć z takim efektem, jakiego żadne inne inwestycje nie mogły zapewnić.

Jednocześnie wraz ze spadkiem inflacji i stóp procentowych lokaty bankowe i obligacje traciły na atrakcyjności. Normę stało się, że przynoszę one roczny zysk rzędu 4-5 proc. Ostatnie podwyżki stóp procentowych nie zmieniły istotnie sytuacji.

Przy oprocentowaniu na poziomie 5 proc. potrzeba by blisko 50 lat, by 10 tys. zł zamienić w 100 tys. zł. Nic więc dziwnego, że Polacy chętniej interesowali się akcjami, które w ostatnich latach zapewniały przynajmniej dwucyfrowe roczne stopy zwrotu.

Jedyną poważną alternatywę dla rynku akcji są nieruchomości, które w ostatnich latach drożały równie szybko, co walory spółek giełdowych. Tyle tylko, że po niedawnym boomie cena przeciętnej nieruchomości czyni ją niedostępną nawet dla średniozamożnego inwestora, nieposiłkującego się dużym kredytem. Chyba że ów inwestor zdecyduje się ulokować pieniądze np. w zamkniętych funduszach rynku nieruchomości. I tu ponownie styka się on z giełdę, na której owe fundusze są notowane.

Oczywiście, hossa nigdy nie trwa w nieskończoność i w którymś momencie kursy akcji mogę spaść, a właściwie mogę spadać nawet przez wiele miesięcy. Historia znacznie dojrzalszych i starszych giełd niż warszawska dowodzi jednak, że na dłuższą metę akcje są znacznie bardziej dochodowym sposobem lokowania oszczędności niż lokaty czy obligacje. Dopóki będą rosnąć dochody Polaków (a perspektywy są przecież w tym zakresie bardzo dobre), zwiększać się będzie również pula oszczędności, które trzeba będzie gdzieś ulokować. Na marginesie, warto w tym kontekście wspomnieć, że dochody w Polsce są znacznie niższe niż średnio w całej Unii Europejskiej.

Zagranica lubi Polskę

Reklama
Reklama

Spółkami notowanymi na warszawskim parkiecie interesuję się zresztą nie tylko rodzimi inwestorzy. Blisko jedną trzecią obrotów na GPW w 2006 r. zapewnił kapitał zagraniczny, który reprezentuję m.in. różnego rodzaju instytucje finansowe. Z ich punktu widzenia, polska giełda łączy w sobie cechy tzw. rynków wschodzących (emerging markets) i rozwiniętych. Z tymi pierwszymi łączy nas choćby wysoki potencjał, czy wysokie tempo wzrostu gospodarczego, które przekłada się z kolei na dynamiczny przyrost zysków przedsiębiorstw (w II kwartale 2007 r. łączny wynik finansowy firm notowanych na GPW powiększył się o 41 proc. w stosunku do II kwartału 2006 r.).

Inwestorzy zagraniczni, lokując kapitał na warszawskim parkiecie, liczę, że zarobię więcej niż na rynkach dojrzałych, gdzie spółkom trudniej jest o tak szybki wzrost przychodów i zysków. Owszem, giełdy mniej dojrzałe niż GPW mogłyby czasem zapewnić jeszcze wyższą stopę zwrotu. Jednak ów potencjalnie większy zysk wiązałby się również ze zdecydowanie większym ryzykiem. Na to zaś inwestorzy instytucjonalni mogę się zgodzić w ograniczonym zakresie. Zatem GPW jako rynek już "cywilizowany", uporządkowany, sprawnie funkcjonujący i bezpieczny, ale wciąż dojrzewający i dający szansę na wysokie stopy zwrotu, jest atrakcyjnym miejscem lokowania kapitału dla inwestorów z całego świata.

O rosnącej atrakcyjności GPW świadczy również coraz większa liczba zagranicznych spółek, notowanych w Warszawie. Pierwsza pojawiła się na warszawskim parkiecie w 2003 roku. Rok 2004 zamknął się liczbę pięciu zagranicznych przedsiębiorstw. W 2005 roku przybyły dwie nowe firmy, a w 2006 pięć. Ten rok okazuje się rekordowy pod tym względem. Tylko do końca października pojawiło się w Warszawie osiem spółek zagranicznych (m.in. austriaccy deweloperzy Warimpex i Immoeast, estoński operator kasyn Olympic Entertainment Group oraz estońska firma handlująca bieliznę Silvano Fashion Group). Kolejna firma (zarejestrowany w Holandii Ronson Europe) zadebiutowała na GPW w pierwszych dniach listopada, a inne właśnie szykowały się do debiutu (m.in. ukraiński Kernel czy szwedzki Reinhold).

Moda na GPW

poparta fundamentami

Z rynkami rozwiniętymi łączy nas nie tylko stabilność i bezpieczeństwo obrotu, ale i obecność w Unii Europejskiej. To może zapewniać inwestorom poczucie większego komfortu niż w przypadku niejednego "egzotycznego" rynku wschodzącego. Tym bardziej że warszawska giełda ma bardzo dobrze zorganizowaną "otoczkę" instytucjonalną w postaci systemu nadzoru czy rozliczeń.

Reklama
Reklama

- Giełda Papierów Wartościowych w Warszawie jest jednym z najdynamiczniej rozwijających się rynków akcji w Europie. Dotyczy to w szczególności liczby ofert pierwotnych. Na korzyść naszego parkietu przemawia również bardzo silna pozycja gospodarcza Polski w regionie, a także stabilna sytuacja finansów publicznych oraz wysoka dynamika wzrostu gospodarczego - komentuje Piotr Cieślak, analityk ze Stowarzyszenia Inwestorów Indywidualnych. Podobne argumenty przedstawiają inni nasi rozmówcy, w tym także reprezentujący inwestorów instytucjonalnych.

Płynność i kapitalizacja

- jest coraz lepiej, ale...

Dla inwestorów zagranicznych ważne są nie tylko dobre perspektywy i bezpieczeństwo obrotu, ale również odpowiednia płynność instrumentów finansowych. Z punktu widzenia instytucji zarządzających setkami milionów dolarów nie ma sensu angażować się na rynku, na którym nie można szybko kupić lub sprzedać odpowiednio dużego pakietu akcji. Jak wynika z naszych obliczeń, przykładowo we wrześniu obroty walorami największych spółek z WIG20, takich jak Telekomunikacja Polska, PKO BP czy KGHM, przekraczały średnio 100 mln zł dziennie. To oznacza, że w ciągu jednej sesji z rak do rąk przechodziły papiery każdej z tych firm o wartości ponad 50 mln zł (obroty liczone są podwójnie), zaś w ciągu tygodnia - o wartości blisko 300 mln zł. Na takim rynku inwestorzy zagraniczni mogę pozwolić sobie na ulokowanie pewnej części swoich pieniędzy. - Płynność oraz kapitalizacja warszawskiej giełdy są znacząco wyższe aniżeli jeszcze kilka lat temu. Bardzo dobrze prezentujemy się pod względem płynności i kapitalizacji również na tle zdecydowanej większości rynków z regionu. Sytuacja taka pozwala patrzeć w przyszłość z optymizmem. Trzeba mieć na uwadze, że daleko nam jeszcze do rynków zachodnich, jednak z czasem dystans ten będzie się zmniejszał - komentuje Piotr Cieślak.

Dodaje, że w ostatnich latach przeprowadzono wiele działań zwiększających atrakcyjność naszej giełdy, zarówno w zakresie promocji, edukacji, jak i sfery technologicznej. - Dzięki temu wzrosła wiedza Polaków oraz potencjalnych inwestorów na temat rynku. Wzrosło również zainteresowanie giełdę wśród rodzimych, ale także zagranicznych przedsiębiorców. Efektem powinien być dalszy dynamiczny wzrost liczby emitentów oraz kapitalizacji naszego parkietu. Trzeba mieć jednak świadomość, że tempo rozwoju będzie w dużym stopniu zależało od światowej koniunktury giełdowej oraz gospodarczej - podkreśla Piotr Cieślak.

Reklama
Reklama

Błażej Bogdziewicz, zarządzający funduszami w BZ WBK podkreśla jednak: - Owszem, płynność naszej giełdy jest wyższa niż na przykład giełd czeskiej czy węgierskiej, ale i tak jeszcze nie jest wystarczająca. Sytuację mogłyby poprawić duże oferty prywatyzowanych spółek, np. z sektora energetycznego - komentuje. Dodaje, że często w przypadku małych i średnich spółek spore pakiety akcji są w rękach funduszy emerytalnych i inwestycyjnych, które długo trzymają walory w portfelu. - W takich przypadkach podaż akcji często jest ograniczona - podkreśla Błażej Bogdziewicz. Dlatego tak ważny jest dynamiczny wzrost liczby notowanych przedsiębiorstw.

Debiutów jest sporo,

lecz brakuje dużych ofert

W ubiegłym roku na warszawskim parkiecie pojawiło się 38 spółek. To był świetny wynik, ale daleko było wciąż do rekordu z 1997 roku, kiedy zadebiutowały 62 firmy. Został on jednak pobity w tym roku (patrz wykres). To, co może martwić, to wartość publicznych ofert akcji. I w tym przypadku widać potrzebę kontynuowania prywatyzacji poprzez giełdę.

W 2004 r. wartość pierwszych publicznych ofert akcji (z ang. IPO) przekroczyła 13 mld zł. Na tak dużą sumę wpłynęło przede wszystkim kilka megaofert - m.in. PKO BP (blisko 8 mld zł) oraz TVN i GTC (warte po kilkaset milionów złotych). W 2005 roku wartość wszystkich ofert wyniosła 7 mld zł - taki rezultat udało się osięgnąć dzięki kilku dużym emisjom (m.in. PGNiG - prawie 2,7 mld zł i Lotos - ponad 1 mld zł). Oferty w ubiegłym roku miały wartość blisko 4,2 mld zł. Dopiero w tym roku niekorzystny trend zostanie odwrócony. Stanie się to w dużej mierze dzięki austriackiemu deweloperowi, firmie Immoeast. Ze sprzedaży prawie 278 mln nowych akcji Immoeast pozyskał przeszło 2,8 mld euro, czyli ponad 10 mld zł. Była to największa w historii GPW oferta publiczna.

Reklama
Reklama

Można jednak zauważyć, że na pozyskanie kapitału za pośrednictwem giełdy decyduję się coraz mniejsze spółki, których oferty publiczne akcji również są coraz mniejsze. Średnia wartość ubiegłorocznych ofert wynosi nieco ponad 109 mln zł. Jaka będzie w tym roku? Prawdopodobnie wyższa. Jeżeli weźmiemy pod uwagę debiuty, które miały miejsce do końca października, wówczas średnia wartość oferty przekracza 267 mln zł. Jednak jeżeli wyłączymy z tej klasyfikacji wspomniany już Immoeast, wówczas średnia spada do nieco ponad 97 mln zł.

Sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby Ministerstwo Skarbu Państwa zrealizowało choć część ze swoich obietnic i wprowadziło na GPW w tym roku którąś z kontrolowanych przez siebie spółek. Najbardziej realny jest debiut Sklejki Pisz, której prospekt emisyjny znajduje się od połowy sierpnia w Komisji Nadzoru Finansowego. Nie będzie to jednak duża oferta - kilkadziesięt milionów złotych. Kolejni potencjalni debiutanci (zapewne przyszłoroczni) z państwowym rodowodem to m.in. Zakłady Azotowe Tarnów, grupa energetyczna Enea, PLL Lot oraz Polska Grupa Energetyczna. Bez wątpienia duże oferty przeprowadzone przez te firmy byłyby dobrą wiadomością dla inwestorów - zarówno krajowych, jak i zagranicz-nych.

Firmy wciąż szturmuję GPW

Warto zauważyć, że niepewność na rynkach finansowych i okresowe pogorszenie koniunktury, jak np. latem tego roku, nie odstraszyły potencjalnych debiutantów. To również świadczy o mocnej pozycji naszej giełdy. Firmy, decydując się na debiut na GPW, wierzę w to, że obecność w gronie spółek giełdowych będzie w dłuższym terminie procentowała.

Jeśli możemy w ogóle mówić o dekoniunkturze, czy raczej nieco słabszej koniunkturze, na rynku pierwotnym, to przejawia się ona w tym, że popyt w mniejszym niż wcześniej stopniu przewyższa podaż akcji, przebicie, jeśli chodzi o cenę akcji w ofercie i kurs podczas debiutanckiej sesji, jest niższe, a ceny emisyjne akcji niekoniecznie są ustalane na maksymalnym poziomie. Oznacza to więc tylko tyle, że inwestorzy stali się nieco bardziej wybredni. To, zdaniem specjalistów, dobra wiadomość dla naszej giełdy. W przypadku IPO nie chodzi bowiem o krótkoterminowe korzyści dla inwestorów, emitentów czy innej grupy uczestników rynku. Chodzi o to, aby rynek jako całość działał jak najbardziej efektywnie.

Reklama
Reklama

Przyjrzeliśmy się spółkom, których akcje pojawiły się na GPW od początku lipca do końca września 2007 r. Jak już wspomniano, koniunktura giełdowa w tym okresie była bardzo zmienna, a napływające sygnały - dotyczące np. sytuacji na najważniejszym, amerykańskim, rynku świata, niezbyt zachęcające. Mimo to na naszym parkiecie zadebiutowało w tym okresie 20 spółek. Jak wynika z naszych obliczeń, cena emisyjna, po jakiej firmy te sprzedawały akcje, była przeciętnie blisko 11 razy wyższa od wartości księgowej tych walorów. Innymi słowy, przykładowa spółka o kapitałach własnych równych 10 mln zł przez nabywców akcji byłaby wyceniona średnio na blisko 110 mln zł. Co ciekawe, inwestorzy byli gotowi płacić znacznie więcej za firmy dopiero co wchodzące na giełdę niż te już na niej notowane - w końcu września wskaźnik cena/wartość księgowa dla średnich spółek z Giełdy Papierów Wartościowych wynosił 3,4, a dla małych - 3,8.

Widać więc, że przedsiębiorstwa wciąż pozyskuję na GPW kapitał na bardzo atrakcyjnych warunkach. Zdaniem specjalistów, na rozsądnych warunkach w każdej sytuacji interesująca spółka jest w stanie sprzedać akcje inwestorom giełdowym. Nie wszystkie przedsiębiorstwa jeszcze o tym wiedzę.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama