Czego boi się Federal Reserve?

Prezes amerykańskiego banku centralnego Alan Greenspan wraz z innymi członkami Federalnego Komitetu Otwartego Rynku od wczoraj waży stopy procentowe w USA. Wyniki pomiarów postanowiono ogłosić dzisiaj.To, co mają w głowach członkowie tego gremium, jest przedmiotem zainteresowania milionów inwestorów na całym świecie. Ostatnie rewelacje dotyczące badań mózgu Alberta Einsteina zainspirowały publicystów i karykaturzystów komentujących poczynania i zaniechania Federal Reserve.Peter Coy, komentator tygodnika "Business Week", sugeruje, że w mózgu Greenspana najwięcej miejsca zajmuje zagadnienie wydajności amerykańskiej gospodarki, wymienia też indeks cen konsumpcyjnych (CPI), indywidualne wydatki Amerykanów na cele konsumpcyjne (PCE), produkt krajowy brutto, agregaty pieniężne M1 i M2, indeks Standard&Poor's. Niemały obszar szarych komórek prezesa zaabsorbowany ma być... tenisem.Sytuację Greenspana porównuje się do kierowcy autobusu komunikacji miejskiej, rzuconego na nową trasę. Na każdym skrzyżowaniu jedni pasażerowie wołają, żeby skręcił w prawo, drudzy preferują manewr odwrotny, a jeszcze inni chcieliby jechać prosto. Kierowca ma wrażenie, że ma sposób wybrnięcia z tarapatów, ale jego mapa okazuje się za mało szczegółowa.Podręczny przewodnik proponuje nie tylko "Business Week", ale także "Barron's". William Pesek Jr na łamach tego ostatniego twierdzi, że przyglądanie się poczynaniom Fed, czyli tzw. Fed watching, ma więcej wspólnego z instynktem niż nauką, bo nigdy nie wiadomo, jakie wskaźniki wpłyną na decyzje Federalnego Komitetu Otwartego Rynku.Przed laty bywało, że najważniejsze okazywały się agregaty pieniężne, cena złota, kurs dolara, ważył też ruch na szlakach kolejowych oraz ceny złomu. "Uniwersum danych statystycznych", na które orientuje się Fed, ciągle zmienia się, ale Greenspan (wciąż według Peska) każdego ranka zażywając kąpieli z największą uwagą studiuje wskaźniki cen konsumpcyjnych, koszty zatrudnienia i wydajność.Prezesa bardzo interesuje też liczba Amerykanów nieaktywnych zawodowo. Okazuje się, że rezerwy rynku pracy kurczą się. Obecnie szacuje się je na mniej więcej 10 milionów osób. Jeśli popyt na siłę roboczą okaże się wyższy niż podaż, może to doprowadzić do wzrostu płac i zwiększenia presji inflacyjnej.Tego boi się Fed i dlatego z ostatniego spotkania z Williamem McDonough, szefem nowojorskiego Federal Reserve, na tamtejszym uniwersytecie, uczestniczący w nim ekonomiści wynieśli wrażenie, iż w banku centralnym narasta skłonność do podwyższenia stóp procentowych. Z taką perspektywą pogodzili się nawet tacy liberałowie jak Paul Krugman.Michael Boskin, były szef rady prezydenckich doradców ekonomicznych, profesor ekonomii na uniwersytecie Stanforda, liczy się z podwyżką oprocentowania od 25 do 100 punktów bazowych. Ciekawe, jaki ruch stóp procentowych zdyskontowali już starzy wyjadacze z Wall Street.

ANDRZEJ TUSZYŃSKI