W pobliżu gospodarki

W ciąguostatnich 7 lat cudzoziemcy kupili w Polsce nieco ponad16 tysięcyhektarów ziemi. Z porównaniaz liczbą wydanychw tym czasie zezwoleńna jej zakup wynika, żeśrednia wielkość jednej działki wynosiła nieco poniżej dwóchhektarów.

Ani liczba nabywców, ani areał kupionej przez nich ziemi nie poraża. Jeśli się te dane zestawi z wykazem inwestycji zagranicznych w ciągu tych siedmiu lat, musi się dojść do wniosku, że gadanie o masowym wykupie polskiej ziemi, zwłaszcza w celach nie związanych bezpośrednio z lokowaniem tu produkcji lub usług, to brednia. A właściwie jeszcze gorzej, bo szkodnictwo.Polska chce się domagać w Brukseli, aby obywatele Unii mogli kupować ziemię bez ograniczeń na cele inwestycyjne dopiero po pięciu latach od naszego przystąpienia do UE, a ziemię rolną, działki rekreacyjne i posiadłości aż po osiemnastu latach. Z punktu widzenia ludzi dziś planujących swoje wydatki równie dobrze mogłoby to być lat pięćdziesiąt dwa.Unia Europejska wiąże negocjacje na temat przedłużenia okresu ochronnego zakupu ziemi ze swobodą szukania sobie pracy przez Polaków na terenie krajów członkowskich. To znaczy - jeśli my nie będziemy mogli swobodnie kupować u was, wy nie będziecie mogli gdzie i kiedy chcecie pracować u nas. Unia uważa też, że ograniczenia w handlu ziemią naruszają zasady swobodnego przepływu kapitałów. Nazwijmy rzeczy po imieniu - stanowisko Brukseli to jest w gruncie rzeczy szantaż.Nasze władze, jak się wydaje, nie mają zamiaru dać się szantażować i twardo trzymają się owych pięciu i osiemnastu lat. Znaczy to ni mniej ni więcej, że rząd jest tak twardy w negocjacjach, tak odporny na szantaże wysokich urzędników z Brukseli, gdyż już wcześniej dał się zastraszyć i zaszantażować rodzimym krzykaczom, populistom i politykierom.Rząd najwyraźniej zamiast liczyć, co jest dla nas najbardziej korzystne, dał się sterroryzować peeselowsko--zetchaenowskim hasłem "nie rzucim ziemi skąd nasz ród, nawet jeśli na tym grubo stracim". Alternatywa jest bowiem prawdopodobnie taka, że jeśli się uprzemy przy długim okresie ochronnym w handlu ziemią, dostaniemy podobny okres kwarantanny w swobodzie szukania pracy na Zachodzie. Rachunek zysków i strat dla nas nijak nie wypada pozytywnie, chyba że wierzy się w masowy wykup ziem zachodnich przez Niemców lub tym podobne straszaki. Tylko - co to znaczy masowy? I co złego wynikałoby z faktu, że nawet sto czy więcej tysięcy hektarów popegeerowskich nieużytków miałoby właścicieli innych niż Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa?Twarde stanowisko rządu jest w tym przypadku obrazem jego słabości i podatności na polityczne szantaże. Prawie na pewno opóźni też nasze negocjacje z Unią, które i bez tego nie idą za dobrze. A przecież koalicja AWS-UW może znaleźć inne rozwiązanie, które być może nie uspokoiłoby krzykaczy z PSL, ale miałoby parę zalet.Po pierwsze - można stosować przepis, że ziemię rolniczą sprzedaje się temu, kto gwarantuje takie właśnie jej wykorzystanie. Zasada "ziemia uprawna dla rolników" jest pewnie do przełknięcia przez unijnych negocjatorów o wiele łatwiej niż proponowane przez Polskę osiemnaście lat. Podobnie można też załatwić sprawę kupowania działek rekreacyjnych i posiadłości, wprowadzając wymóg mieszkania czas jakiś w Polsce przez ewentualnego nabywcę, płacenia tutaj podatków itp. Można też ograniczyć wielkość tego typu działek i posiadłości, co zapobiegłoby wykupywaniu dużych majątków. Nie mówiąc o ograniczeniach z uwagi na ochronę środowiska i krajobrazu, dziedzictwa kulturowego itp. Jest w polskim prawie dosyć paragrafów, które inteligentnie zastosowane byłyby o wiele lepsze niż owo twarde "poczekajcie osiemnaście lat".Jeśli chodzi o pięcioletni okres ograniczeń w zakupach ziemi związanych z inwestycjami, to ja już nic nie rozumiem. Albo chcemy przyciągać zachodni kapitał, albo go odstraszać. Obu tych rzeczy naraz skutecznie robić się nie da.Sygnały z Brukseli są jednoznaczne - na wyjątkowe potraktowanie w sprawie ziemi liczyć nie możemy, a jeśli nawet, to drogo za to zapłacimy. Koszt uspokojenia tych paru ksenofobów wśród rządowych i opozycyjnych polityków jawi mi się jako niewart ponoszenia. A jak wygląda ten rachunek zysków i strat w wykonaniu naszych negocjatorów? Liczą jakoś inaczej i wychodzi im plus tam, gdzie mnie minus.

JAN BAZYL LIPSZYC