Widać za to przygotowania do strzelenia Polsce kolejnego samobójczego gola. Bo tak można zinterpretować rozważanie zwiększenia deficytu budżetowego. To zaś może istotnie utrudnić obniżanie stóp procentowych. Bo przecież ten wielki deficyt trzeba będzie jakoś sfinansować. "Jakoś", czyli przez drukowanie pieniądza w postaci obligacji i bonów skarbowych. No i błędne koło się znowu zamknie.

Premier zaczął z impetem, ale bardzo szybko okazało się, że rządowi męskości zaczyna brakować - ewidentnie. Zamiast zdecydowanych rozwiązań jest gawędziarstwo. Jęczenie i szukanie winnych - a to w Radzie Polityki Pieniężnej (bo nie chce, wredna, słuchać polityków), a to w bankach (no bo nie chcą kredytować naszych pięknych firm). I pewnie rząd myślał, że w tym całym gwarze uda się przemycić taki drobiazg, jak zapisywanie na papierze wydatków pod zastaw drukowania obligacyjnego pieniądza.

Nic z tego. Zwiększenie deficytu nie może ujść uwadze ani analityków, ani - co zresztą ważniejsze - rynku, który reaguje na takie informacje wzrostem apetytu na wyższe stopy procentowe. Oczywiście, do czasu, gdy rynek (czytaj: inwestorzy) uzna, że państwo przesadziło i może mieć kłopoty ze spłatą radośnie zwiększanego zadłużenia. Wtedy bowiem w błyskawicznym tempie może dojść do wybuchu kryzysu walutowego, w tym zupełnie niekontrolowalnej dewaluacji i gwałtownego wzrostu inflacji.

Z punktu widzenia światka giełdowego cała sprawa ma jeszcze jeden negatywny aspekt. Rząd po raz kolejny decyduje się na kontynuowanie - być może nawet prowadzonej nieświadomie, ale skutecznej - polityki niszczenia naszego rynku kapitałowego. Zatapiając rynek nowymi emisjami gwarantowanych papierów skarbowych stwarza groźną i nieuczciwą konkurencję dla emitentów prywatnych. Wykorzystując swą uprzywilejowaną pozycję oferuje bowiem inwestorom alternatywną lokatę wobec możliwości kupowania papierów dłużnych firm. I nie byłoby pewnie w tym nic złego, gdyby nie fakt, że - chcąc sprzedać coraz większe stosy obligacji - jest zmuszony do oferowania atrakcyjnego oprocentowania, którego, doliczając premię za ryzyko, nie może zaoferować emitent prywatny. Dla niego jest to po prostu nieopłacalne. Państwo zaś funkcjonuje jakby poza rachunkiem ekonomicznym, stosując metody dumpingowe w wyścigu po kasę inwestorów. To wcale nie przeszkadza politykom w wygadywaniu bzdurnych sloganów o pomocy firmom i przedsiębiorcom.

Na razie marzenia o większym znaczeniu trzeźwo myślących polityków w polskim życiu publicznym trzeba odłożyć ad acta. Pozostaje nadzieja na zwiększenie popytu na polskie papiery wartościowe ze strony inwestorów zagranicznych. Choćby w związku z perspektywą wejścia do Unii i późniejszego przyłączenia się do wspólnego systemu monetarnego. Popyt ten wzrośnie także z uwagi na poprawę koniunktury gospodarczej, która przecież nadejdzie. Zmniejszając wewnętrzne napięcia i umożliwiając zdecydowaną poprawę sytuacji na parkiecie. O ile, oczywiście, politycy nie przeforsują wprowadzenia jakiegoś kolejnego absurdalnego pomysłu. Bo tych akurat, niestety, nie brakuje.