Rok, a może dwa lata temu pisałem w tym miejscu o analogiach między strukturą, a ściślej kształtem jajka (najlepiej wielkanocnego i rozkrojonego w poprzek) a wykresem koniunktury w gospodarce i na giełdzie.
Wierzyłem święcie - i wierzę nadal - że wznosimy się ku szczytowi jajeczka (górnej połówki, naturalnie), co oznacza czas obrastania w tłuszczyk.
No i proszę - inflacja niska, PKB rośnie coraz szybciej, produkcja się zwiększa. Deficyty nie straszą tak bardzo, jak dawniej, a z mocnym złotym też daje się żyć. Z polską gospodarką źle nie jest. Niektórzy twierdzą, że ma się ona najlepiej od kilku - kilkunastu lat i że są szanse, aby ten dobrostan potrwał długo. Są więc powody do optymizmu. Do tej pory najbardziej kulało rolnictwo. Było biedne i zapyziałe w porównaniu z rozpychającym się dookoła nowym. Ściany wschodnia i północna powoli zamieniały się w ściany płaczu.
Nie wiadomo, czy to Unia z dopłatami sprawiła, czy inne procesy dziejowe, ale i tu sytuacja zmienia się jednak na lepsze. Przykład - za przeproszeniem - namacalny. W wielu miejscach zamiast kur po podwórkach majestatycznie przechadzają się strusie. Od razu inna skala: i ptaka, i jego jajek. A więc i rolniczego interesu.
Polski chłop potrafi liczyć i na swój sposób radzi sobie - jeśli tylko chce - z najbardziej nieprzyjazną rzeczywistością. Zdaje się przecież, że struś był dawniej zwierzęciem w Polsce niespotykanym, chyba że w zoo albo telewizji.