Wcześnie rano. Słońce śmieje się w twarz, a na krakowskich Plantach budzi się właśnie kolejny dzień. Stali bywalcy ławki nieopodal Filharmonii odkorkowują właśnie śniadaniową porcję "jagodzianki na kościach", jednego z symboli konsumpcyjnego oblicza PRL - denaturatu. Za ich plecami - ulica i koszmarnie zaniedbany placyk, śmieci. Przy brudnoszarym barakowozie metalowy szyld: "Skup makulatury i szmat". Jest 1986 r. Ja ubrany w przepisowy ciemny sweterek z przepisowo przyszytą tarczą I LO, oglądam przebudzenie Plant w drodze na hardcorową lekcję fizyki. Człowiek się uczy i marzy o tym, by za parę lat bryknąć daleko stąd, a Planty, filharmonię i stary gmach znacznie starszego "Nowodworka" oglądać co jakiś czas - jako turysta z Zachodu. Albo żeby przynajmniej wyjechać na jakiś czas i zarobić tyle "zielonych", żeby np. piwo w kolorowej puszce nie było tylko niedostępnym luksusem zastrzeżonym dla Peweksów. Są lata 80. - czas dla Polski stracony w sposób szczególny.

Od owych lekcji fizyki minęło już 20 lat. Po koszmarnie upalnej podróży klimatyzowanym, tylko teoretycznie, pociągiem z Warszawy i szybkim marszu przez rozgrzany letnim skwarem Rynek próbujź odzyskać równowagę termiczną, siadając na zacienionej ławce. O, akurat naprzeciw miejsca, w którym owe 20 lat wcześniej stała stara, brudna ławka. Tradycja zobowiązuje, bo na nowej ławeczce dwóch mocno sponiewieranych życiowo obywateli niecierpliwie przygotowuje popołudniowy aperitif.

Miejsce to samo. Akcja w sumie też. Ale zupełnie jednak inne. Bo za plecami kolesiów z barowej ławki - nowoczesny, wielogwiazdkowy hotel światowej sieci, sprytnie wkomponowany w placyk między moim liceum a Zwierzyniecką i filharmonią. I to właśnie tam wchodzę, przygotowując się do operacji zawiązania krawata. Raptem pół rzutu beretem od lekcyjnych sal, gdzie 20 lat wcześniej wkuwałem wiele potrzebnych i zupełnie niepotrzebnych rzeczy, spotykam się z inwestorami zainteresowanymi rynkami Chin, Indii, Japonii, Australii i całego regionu Pacyfiku. Gdybym w czasach licealnych opowiadał, że tuż obok naszej budy będę rozmawiał - i to zupełnie serio - o inwestowaniu w akcje w Hongkongu, Tokio, Sydney czy w Bangkoku, to myślę, że zostałbym uznany za kompletnego świra. Jeśli dodałbym jeszcze, że inwestowanie w akcje spółek notowanych w Londynie, Frankfurcie czy Nowym Jorku stanie się niemal standardową, powszechną praktyką, to przed konsultacją specjalisty bym się nie wybronił.

Wspomniany sen wariata się spełnił. Bo jest lipiec 2006 i w nowoczesnej sali luksusowego hotelu, tuż obok mojego liceum, tłumaczę inwestorom to, co dzieje się w gospodarkach i na rynkach azjatyckich. Mało tego - towarzyszący mi przedstawiciel ambasady Chin zachęca polskich inwestorów, by nie tylko współpracowali z chińskimi firmami, ale i inwestowali w ich akcje.

No więc rozmawiamy o azjatyckich rynkach, a ja zastanawiam się nad przekornością losu. Bo jedną z moich nadziei w czasach licealnych była mglista możliwość wyjazdu na stypendium do Pekinu. Niestety, na teoretycznych rozważaniach się skończyło i do Chin po nauki wówczas nie pojechałem. I gdyby mnie ktoś wówczas pocieszał, że za dwadzieścia lat będę zajmował się m.in. Chinami - i to zawodowo - to pewnie sam uznałbym go za świra. A tak - wydarzyło się coś, co było kiedyś równie niewyobrażalne jak Polska w NATO, otwarte granice na Zachód czy towary niczym z ówczesnego Peweksu w każdym osiedlowym sklepiku. Przyglądając się azjatyckim rynkom, warto uświadomić sobie, jak gigantycznych zmian doczekaliśmy. W tym kontekście, czasem aż strach pomyśleć, co zobaczymy za kolejnych 20 lat?