Ostatnio w jakiejś gazecie widziałem kolejny tekst, którego treść sprowadzała się do stwierdzenia, że bez reform systemy emerytalne Europy Zachodniej zbankrutują. To żadna nowość - z konieczności zmian w systemie ubezpieczeń społecznych krajów tzw. Starej Unii zdają sobie sprawę wszyscy. Ale nie jestem pewien, czy nawet ci, którzy opracowują koncepcje zmian w systemach emerytalnych, wiedzą, że faktycznie jest to wstęp do likwidacji tego systemu.
Moim zdaniem, nawet taki system emerytalny, który u nas został wprowadzony, nie zapewni ani godziwej emerytury, ani bezpieczeństwa finansów państwa. Powód jest prosty - składka na ubezpieczenie jest bowiem postrzegana jako dodatkowy podatek. Z jednej strony bowiem niewielu np. młodych myśli o tak odległej perspektywie jak starość i wolałoby wydać te pieniądze na inne rzeczy. Z drugiej zaś składka utrudnia zatrudnianie młodych pracowników - poza pensją bowiem trzeba zapłacić dodatkową, zwykle dość wysoką kwotę, którą przejmuje system ubezpieczeniowy. Ten słynny klin podatkowy, który w Polsce jest jednym z najwyższych w Europie, działa w innych krajach Unii. Widać to zwykle właśnie po wysokiej stopie bezrobocia wśród młodych. Poza tym - i Polska jest tego znakomitym przykładem - młodzi w poszukiwaniu pracy są skłonni jechać za granicę, co tylko zmniejsza liczbę osób płacących składkę.
Na dodatek - jak to przy obowiązkowym systemie - nie da się uniknąć swego rodzaju "janosikowego". Czyli "bogaci" będą się zrzucać w jakiś sposób na "biednych". Piszę te dwa określenia w cudzysłowie, ponieważ nie chodzi o faktyczną zamożność czy biedę, ale o to, kto będzie miał więcej na rachunku emerytalnym. Przykładem może być fakt, że w Polsce rozważa się wprowadzenie wypłaty emerytur obliczanych na podstawie tzw. tabel życia typu "unisex", czyli liczonych łącznie dla kobiet i mężczyzn. Ten system premiuje kobiety (które przy tego typu wyliczeniach żyją "krócej", czyli dostają większe świadczenia, niż wynikałoby z rzeczywistej długości ich życia"), a pogarsza sytuację mężczyzn (według wyliczeń żyją "dłużej" niż w rzeczywistości, co oznacza, że dostają niższe świadczenia). W rezultacie osobom zarabiającym więcej i dłużej będzie się bardziej opłacało oszczędzać na starość na własną rękę niż w systemie - czyli będą starać się unikać wpłat. Na dodatek kolejnym problemem jest globalizacja. Pracownicy z różnych krajów rywalizują ze sobą pod względem kosztów pracy. Konkurencja obejmuje i te państwa, gdzie są systemy ubezpieczeń, i te, gdzie ich nie ma. Te drugie z natury są tańsze od tych pierwszych. Chiny pod względem kosztów robocizny są bardzo tanie między innymi dlatego, że nie ma tam systemu ubezpieczeń. Ostatnio pojawiły się jakieś jaskółki, ale jeśli Chiny będą dalej utrzymywać swój program zmniejszenia liczby mieszkańców, który zakłada, że idealna rodzina ma skład 2 plus 1, to wprowadzanie powszechnych ubezpieczeń byłoby samobójstwem dla finansów tego państwa.
W rezultacie tendencja do obniżania kosztów pracy w pewnym momencie musi odbić się na wysokości składek na ubezpieczenie społeczne. Sęk w tym, że przy starzejącym się społeczeństwie nie mogą być one niskie. I nie bardzo wiadomo, jak z tego paradoksu wyjść.
Sporym obciążeniem może być wypłata minimalnych świadczeń, które są wpisane np. w polski, zreformowany system ubezpieczeniowy. Ale nie tylko - warto pamiętać, że także amerykańskie Social Security, które gwarantuje tylko minimalne świadczenia, też pęka w szwach.Oczywiście, można zrezygnować ze świadczeń minimalnych, "janosikowego" i innych elementów, które teraz tak bardzo ciążą ubezpieczonym, i wprowadzić system czysto kapitałowy - na zasadzie, dostajesz tyle, ile wpłacasz, plus zysk. Tyle że w takim przypadku równie dobrze można po prostu znieść obecny system i pozwolić obywatelom decydować, czy i ile chcą oszczędzać na emeryturę. I do tego rozwiązania powoli zmierzamy.