Sejm piątej kadencji, po którym niewiele osób będzie płakać, zakończył swój żywot. Nie był to czas ani nadmiernej pracowitości posłów (jeżeli nie liczyć czasu spędzonego przed kamerami), ani nadmiernego lenistwa. Do bólu parlamentarzyści używali górnolotnych słów "demokracja", "układ", "solidarność", "prorodzinny", "sprawiedliwość". Brakowało za to konkretów i systematycznej pracy obu izb. Gdyby chociaż nasi reprezentanci na Wiejskiej skrócili ostatnią przerwę wakacyjną...

A tak - choć od ostatnich wyborów minęły niemal dwa lata, nie udało się domknąć wielu wydawałoby się "technicznych" kwestii. Wystarczy wspomnieć zaginięcie w Sejmie projektów wprowadzających unijną dyrektywę w sprawie rynków instrumentów finansowych, jakże ważną dla inwestorów. Takich przykładów można wymienić wiele, każdy "z innego ogródka".

Wielu politologów cieszy się z nowych wyborów. Argumentują, że nieubłagana sejmowa arytmetyka nie daje teraz szans na rzetelną pracę legislacyjną. Pozostaje otwarte pytanie, czy przyszły rozkład głosów będzie "lepszy". Wyniki sondaży pokazują na razie, że ani PO, ani PiS nie mogą liczyć na samodzielne rządy.

Pozostaje więc wierzyć, że politycy po wyborach pójdą po rozum do głowy. Źe nie będą mylili funkcji ustawodawczej Sejmu z propagandą, pluralizmu z populizmem i jałowymi debatami nad niczym. Inaczej każda próba zmontowania jakiejkolwiek koalicji owocować będzie nowymi wydatkami i nowym podziałem "stołków". A tego nasza gospodarka długo chyba nie wytrzyma.