Sztuka

Anatomia handlu sztuką

Czym różni się obraz za milion od auta w tej samej cenie?

Akwarela Nikifora pochodzi z kolekcji Kazimierza Karpuszki.

Foto: Archiwum

800 zł kosztuje portret dwóch postaci.

Foto: Archiwum

Rynek sztuki drzemie, ale trafiają się na nim przysłowiowe brylanty. Zanim powiem, gdzie je znaleźć, kilka słów o aktualnej sensacji.

Na 5 tys. zł wyceniono ilustrację z „Akademii pana Kleksa”.

Foto: Archiwum

Podnieceni antykwariusze kolportują między sobą lutowy numer miesięcznika „Forbes". Zamieszczono tam artykuł Katarzyny Dębek o sukcesie Juliusza Windorbskiego, właściciela domu aukcyjnego Desa Unicum. Wypowiadają się ludzie z branży. Robi wrażenie przyrównanie rynku sztuki do McDonald's.

Pan Kleks tylko za jedyne 5 tysięcy.

Foto: Archiwum

Obroty na krajowych aukcjach sztuki, według raportu portalu Artinfo.pl, wyniosły w 2017 roku ok. 214 mln zł. Z tego Windorbski ugrał połowę. Jeśli dobrze zrozumiałem, to tekst opublikowano, aby przekonać czytelników, że obrót dziełami sztuki to biznes jak każdy inny.

Kartofle, samochody i duch

Lis Witalis jak żywy!

Foto: Archiwum

Czytelnik może odnieść wrażenie, że sprawny menedżer, który zbił fortunę na handlu kartoflami lub samochodami, równie dobrze da sobie radę na rynku sztuki. Pod warunkiem że zastosuje korporacyjne metody.

Od 3,6 tys. zł zacznie się licytacja ilustracji do „Czerwonego Kapturka”.

Foto: Archiwum

Moim zdaniem to nieprawda. To wyjątkowy rynek, wymaga romantycznego podejścia, trzeba znać jego światową specyfikę i typowo polski głęboki niedorozwój. Ważna jest duchowa strona sprawy. Warto mieć głęboko osobisty stosunek do specyficznego towaru, jego producentów i nierzadko szalonych konsumentów sztuki.

Nie jest to zwykły rynek dóbr luksusowych. Tu handluje się innymi emocjami. Kiedy jadę ulicą czerwoną bryką za milion, to przechodnie przewracają się z zawiści, i taki był mój cel.

Natomiast kiedy w zaciszu mieszkania sam siedzę i patrzę na obraz za milion, to jestem tylko ja i np. Fangor. Jest tylko mój zachwyt. Nie ma nic na pokaz. Ewentualnie czuję radość, że „wysferzyłem się" w pierwszym pokoleniu i potrafię wydać milion na bazgroły, jakie „namalowałoby każde dziecko". Jestem tylko ja i mój snobizm.

Czy zimny sprawny menedżer wczuje się w skomplikowaną duszę klienta rynku sztuki? To nieprawda, że on tylko kieruje przedsiębiorstwem, a od bezpośredniej sprzedaży i zakupów ma ludzi. On tworzy klimat pracy! Jeśli nastawiony jest tylko na zysk, to w handlu sztuką przegra. Juliusz Windorbski nie jest nastawiony tylko na zysk. Na przykład w muzeach założył sieć księgarń o sztuce. Musi sobie zdawać sprawę, że na tym nie zarobi, że to służy edukacji.

W handlu sztuką wszystko jest bardziej uduchowione, irrracjonalne. Krakowski marszand Andrzej Starmach powtarza, że klient kupi obraz, kiedy coś zaiskrzy między nim a obrazem, jak w miłości do kobiety. Starmach wie, co mówi, odniósł międzynarodowy sukces, jest pionierem handlu sztuką.

22 lutego Desa Unicum (www.desa.pl) zorganizuje aukcję sztuki na papierze. Zainteresowała mnie jedna praca. To akwarela Nikifora „Miasto Kraków" (34 na 27 cm) z ceną wywoławczą 2,6 tys. zł. Na tle oferowanych na rynku prac artysty to ciekawa kompozycja. Dla mnie interesujący jest rodowód.

W katalogu podano, że akwarela należała do Kazimierza Karpuszki. Łatwo tę notkę przeoczyć. Tym łatwiej, ponieważ między Odrą a Bugiem nikt nie wie, kim był Karpuszko. Była to legendarna postać, o czym piszę dalej.

Akwarela ma zatem dobry rodowód. Na dojrzałych światowych rynkach taki rodowód powoduje automatyczny wzrost ceny. Jednak odzywa się jak zwykle specyfika naszego rynku. Otóż, o ile dobrze zrozumiałem, rodowód pracy Nikifora znamy jedynie z relacji jej właściciela.

Oczywiście potwierdzeniem rodowodu jest reprodukcja i wspomniany opis w katalogu. Gdyby właściciele na specjalnych certyfikatach opisywali historię sprzedawanych dzieł, pozyskanych od historycznych postaci, to dzieła te nie byłyby anonimowe. Nie przywiązujemy jednak należytej wagi do dokumentowania historii dóbr kultury narodowej, wystarcza nam ustna relacja.

Kim był Karpuszko?

Żył w latach 1925–2009, służył w armii Andersa. Burzliwe losy rzuciły go do USA. Tam ożenił się z posażną córką Hammonda, słynnego konstruktora organów. Posag żony zainwestował w kreowanie polskiej powojennej sztuki w USA. W latach 60. w Chicago prowadził galerię.

W czasach PRL odważnie przyjeżdżał nad Wisłę. Odwiedzał pracownie anonimowych wówczas, początkujących artystów, którzy dziś są aukcyjnymi rekordzistami. Żył z handlu, ale najważniejszy był dla niego kontakt z artystami, ze sztuką, z tajemnicami tworzenia.

Zgadliście! Nie ma żadnego źródła o polskich emigracyjnych marszandach na świecie. Na przykład po wrzuceniu do wyszukiwarki nazwiska: Zbigniew Legutko, na ekranie wyświetla się pustka. A to przecież Zbyszek stworzył kolekcję Wojciecha Fibaka i Barbarze Piaseckiej sprzedał pierwsze ważne polonika.

Z romantycznym zapałem założył i prowadził w USA oficynę o sztuce Polander Press. Pod pseudonimem Zygmunt Rola publikował pierwsze teksty o polskich artystach emigrantach. Ale skoro nie ma go w wyszukiwarce, to nie istniał!

64 razy Szancer

Kolejne brylanty możemy znaleźć 24 lutego na aukcji Sopockiego Domu Aukcyjnego (www.sda.pl). Oferta to 64 oryginalne ilustracje Jana Marcina Szancera (1902–1973). Artysta wzbogacał wrażliwość kolejnych pokoleń polskich dzieci. Możemy kupić taki obrazek w prezencie mamie lub babci, jeśli wychowały się na ilustracjach Szancera.

Są w ofercie sopockiej firmy ilustracje do np. „Panienki z okienka". Najwyższą cenę 6 tys. zł ma okładkowa ilustracja wielokrotnie wznawianej książki „Brzechwa dzieciom". Na 1 tys. zł wyceniono czarno-białe rysunki tuszem.

Prace Szancera stopniowo drożeją. Warto w Internecie porównać ceny. Dużo prac artysty sprzedał np. dom aukcyjny Agra Art. Kilkanaście lat temu w jednym z krakowskich antykwariatów oglądałem oryginalne ilustracje po kilkaset złotych. Parę lat temu położony w sercu Warszawy antykwariat Atticus długo oferował doskonałe ilustracje Szancera do „Gelsomina w kraju kłamczuchów", kosztowały ok. 2 tys. zł.

Oryginalne ilustracje wybitnych artystów, w przystępnych cenach, znajdziemy na aukcjach bibliofilskich. Są antykwariaty z książkami, które mają szczęście w pozyskiwaniu nowiutkich egzemplarzy książek dla dzieci wydanych w latach np. 50. XX wieku. Takie książki bywają np. w warszawskim antykwariacie „Puenta". Dawne książki dla dzieci są zniszczone. My zdobędziemy nowiutkie egzemplarze. Obok nich powiesimy w ramkach oryginalne ilustracje w nich wydrukowane.

© Licencja na publikację
© ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone
Źródło: PARKIET

×

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły