Sztuka

Kliencie, broń się sam

Podmiotowość kupującego to gwarancja sukcesu na rynku sztuki.

Dwurnik udaje Nikifora.

Foto: Archiwum

Każda branża ma swoje tajemnice, swoją specyfikę. Kiedy kupujemy np. używane auto, to z zasady poprzedzamy transakcję konsultacją znanego nam zaufanego handlarza. Natomiast z praktyki wynika, że jak kupujemy na inwestycję dzieło sztuki lub antyk, to wchodzimy do sklepu i rzucamy pieniądze. Pierwszy raz w życiu jesteśmy w sklepie tej branży. Kompletnie się na niej nie znamy, skąd bezmyślność? Zaślepia nas chciwość?

Z moich wieloletnich obserwacji wynika, że sami przed sobą wstydzimy się przyznać, że nie znamy się na sztuce i na rynku sztuki. Sprzedawcy cynicznie wykorzystują niewiedzę klienta, podkręcają jego emocje.

Piszę o tym, ponieważ w mediach pojawiają się pierwsze sygnały o ofiarach kolejnej inwestycji w sztukę współczesną. Tym razem nierealny zysk obiecywać miała skandynawska firma zadomowiona na polskim rynku.

Adwokaci cenzurują

Faktem jest, że opowieści o poszkodowanych w tej inwestycji krążą wśród dziennikarzy od wielu miesięcy. Dziennikarze nie podejmowali tematu, aby nie narazić siebie i gazet na możliwe międzynarodowe spory prawne. Spory merytorycznie bezpodstawne, ale długotrwałe i kosztowne.

Nie chodzi mi o tę konkretną sprawę! Zwracam tu uwagę na ogólny mechanizm. Otóż na niedojrzałym krajowym rynku sztuki i antyków inwestor jest samotny. Na przykład Komisja Nadzoru Finansowego lub Urząd Ochrony Konkurencji i  Konsumentów rzadko ostrzegają przed zagrożeniami na rynku sztuki. Dziennikarze z kolei coraz częściej sparaliżowani są przez adwokatów – to też jest typowy mechanizm, znany na świecie, ale nie w Polsce.

Na przykład w USA i Wielkiej Brytanii wydano monografie prawne o tym, że już w latach 40. XX wieku adwokaci świadomie i celowo blokowali informacje o falsyfikatach na rynku sztuki. W USA i Wielkiej Brytanii klient rynku sztuki zachowuje większą ostrożność, ponieważ wie, że prawda o rynku jest cenzurowana. Nad Wisłą klient rynku sztuki nie ma tej świadomości.

W Polsce ukazała się bodaj jedna książka na temat cenzurowania prawdy o handlu sztuką. To „Ekspert kontra dzieło sztuki" pod redakcją Ronalda D. Spencera. Książki nie było w sprzedaży. W celach naukowych wydał ją w 2009 r. w nakładzie 100 egzemplarzy Ośrodek Ochrony Zbiorów Publicznych. Starałem się spopularyzować wiedzę o tym zagrożeniu. O książce napisałem kilkanaście artykułów, np. w „Parkiecie" („Oszukani na własne życzenie", 26–27 stycznia 2013 r.).

Niestety, Polacy nie zdają sobie sprawy z roli cenzury na rynku sztuki. Mój artykuł „Agencja ratingowa dla rynku sztuki" (piszę tam o cenzurze w Polsce) trafił z konieczności tylko do naukowców. Ukazał się w półroczniku „Santander Art nad Culture Law Review" (nr 1/2016).

Na początku 2018 r. rynek wyhamował. Może jest to dobry czas do głębszego zastanowienia, dlaczego klienci krajowego rynku sztuki i antyków nie są w porę ostrzegani przed zagrożeniami. Dlaczego szwankuje przepływ informacji? Dlaczego nie ma edukacji? Dlaczego brak jest przejrzystości?

Jeśli klienci sami nie wymuszą wysokich standardów usług, to ich nie będzie. Najlepsza inwestycja to wysoka kultura prawna i stałe samokształcenie, podmiotowość. Może dziennikarz doradzający inwestycje na rynku sztuki powinien odpowiadać za swoje rady jak licencjonowany doradca na giełdzie?

Katalogi pilnie potrzebne

Na razie jesteśmy na innym poziomie kultury kolekcjonerskiej i prawnej. Często w „Parkiecie" ostrzegam przed „antykwariuszami", którzy swoje usługi masowo reklamują w ogłoszeniach rozlepianych na rynnach bloków lub drzwiach klatek schodowych. Obiecują płatność gotówką za wszelkie antyki. Dojeżdżają do klienta, od lat wykorzystują niewiedzę ludzi, zwłaszcza starych. Takiego „antykwariusza" trudno namierzyć, zidentyfikować.

Kto karze sprawców? Kto trąbi o zagrożeniu? Ostrzeżenia przed tymi usługami powinny być zamieszczane nie w „Parkiecie", ale w wielkonakładowych tabloidach i obowiązkowo w państwowej telewizji w ramach misji edukowania społeczeństwa.

Od lat próbuję wyjaśnić, dlaczego po 1989 roku krajowy rynek malarstwa nie dorobił się ani jednego tzw. katalogu raisonne, czyli katalogu dzieł wszystkich danego artysty. Na świecie takie książki są podstawowym źródłem wiedzy dla inwestorów. Zaglądam do książki, nie ma w niej oferowanego mi obrazu danego malarza – co to oznacza? To ważny sygnał, że obraz może być falsyfikatem.

Nie mamy takich źródeł nawet w odniesieniu do najpopularniejszych malarzy, najchętniej fałszowanych. Takie katalogi zachęciłyby do kupowania inwestorów i kolekcjonerów, byłyby podstawowym narzędziem pracy antykwariuszy. Brak kapitału na wydanie? Nie sądzę. Myślę, że bardziej chodzi o utrzymanie nieprzejrzystości rynku. Przy niskiej podaży, przy braku takich katalogów łatwiej przemycić obiekt o wątpliwej autentyczności.

Numizmaty świecą przykładem

Na co w tej chwili warto zwrócić uwagę na rynku? Edward Dwurnik z niebywałą spontanicznością i poczuciem humoru imituje Nikifora. 1 lutego na aukcji w Desie Unicum (www.desa.pl) akwarela ta wystartuje z ceną wywoławczą 1,4 tys. zł. Taki wesoły obrazek nadaje się do dekoracji dziecięcego pokoju.

Na aukcji w Desie Unicum zmieni właściciela „Iluzjonista" Kazimierza Mikulskiego (cena wyw. 50 tys. zł).

Wchodzi na warszawski rynek aukcyjny Józef Stasiak (ur. 1933) z pogodnym obrazem „W słońcu" (cena wyw. 2,6 tys. zł). Obraz ma wartość dekoracyjną, jest przyjemny dla oka. Jeśli artysta, dotychczas szerzej niespopularyzowany, maluje w tym duchu, to ma szansę na trwałe wejść na rynek.

Od paru lat szuka swojego miejsca na rynku Eugeniusz Gerlach (ur. 1941). Obrazy artysty pozytywnie wyróżniają się na tle krajowej oferty. Tym razem obraz wyceniono na 2,6 tys. zł. W ofercie Desy znajdziemy coś interesującego na każdą kieszeń.

Jednak rynek obrazów nie jest tak demokratyczny cenowo jak rynek numizmatów. Na przykład w Warszawskim Centrum Numizmatycznym (www.wcn.pl) już za 50 zł kupimy monetę o nominale 10 zł z wizerunkiem Piłsudskiego. Warto kupić taką monetę na prezent dla dziecka lub wnuka. Być może około 11 listopada (stulecie niepodległości!) tak tanie monety wymiecie z oferty.

Do rynku numizmatów przyciąga przejrzystość, jasność i jawność kryteriów i ocen. W antykwariatach półki uginają się pod ciężarem bogato ilustrowanych książek nastawionych na wszechstronną edukację klientów. Z tych oraz innych powodów rynek numizmatów budzi większe zainteresowanie inwestorów niż rynek obrazów. Silne i wpływowe organizacje kolekcjonerskie dbają o reputację rynku. Od XIX stulecia działa Polskie Towarzystwo Numizmatyczne (www.ptn.pl). W internecie jest mnóstwo forów dyskusyjnych demaskujących zło.

© Licencja na publikację
© ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone
Źródło: PARKIET

×

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły