Miniony rok na warszawskim parkiecie pokazał, że rozmaite narzędzia analityczne i prognostyczne mogą zawodzić. Pisaliśmy już, że po raz pierwszy w historii WIG poszedł – ku naszemu zaskoczeniu – ścieżką zupełnie niepasującą do tego, co działo się w gospodarce, oraz niezgodną z trendami w stopach procentowych czy też w podaży pieniądza. Zawiodła też prosta analiza techniczna, która w kwietniu kazała traktować wybicie WIG w górę z kilkunastomiesięcznej konsolidacji jako sygnał powrotu hossy i ataku na historyczny szczyt z połowy 2007 roku – los spłatał figla analitykom: zaraz po tym sygnale rozpoczęła się fala spadkowa trwająca niemal nieprzerwanie przez resztę roku. Wiele do życzenia pozostawia też analiza nastrojów rynkowych („sentymentu"). Kiedy już wydawało się, że nastroje są już tak złe, że gorsze być nie mogą, sytuacja wcale nie uległa trwałej poprawie.