Rzadko się zdarza, by publiczna emisja akcji następowała krótko po publicznej emisji obligacji (lub odwrotnie), ale taką chronologię zaproponował inwestorom GetBack, który jest w trakcie przyjmowania zapisów na akcje, a w połowie czerwca przeprowadził z powodzeniem publiczną emisję obligacji. Ruszają też zapisy na akcje Uniserv-Piecbud, który tzw. małą emisję publiczną obligacji przeprowadził w kwietniu. Prawdopodobnie inwestujący w akcje rzadko zastanawiają się, czy obligacje tych samych emitentów mogą być dla nich lepszą alternatywą, ale już obejmującym obligacje podobne myśli muszą chodzić po głowie. Czy warto kupować obligacje np. Echa oprocentowane na 4,7 proc., skoro ta sama firma jasno deklaruje, że wypłaci 50 groszy dywidendy z zysku za 2017 r., co daje prawie dwa razy wyższą stopę dywidendy? A przecież to „tylko" dywidenda. Prawdziwe konfitury to zmiana notowań akcji, która w skali ostatnich 12 miesięcy przyniosła nawet dziesięciokrotnie i wyższe zyski posiadaczom akcji niż obligacji. Po cóż czekać cały rok na 5 proc. odsetek, skoro tyle samo można zarobić na akcjach np. przez miesiąc?
Akcje drożeją, gdy kupony spadają
Paradoksalnie, coraz lepsze wyniki finansowe osiągane przez emitentów obligacji mogą powiększać frustrację ich posiadaczy. Wyższe przychody i zyski poprawiają zdolność kredytową, a co za tym idzie – emitenci obligacji chcą płacić coraz niższe odsetki od zaciąganego długu. Niższe koszty finansowe to oczywiście kolejna podstawa do osiągania coraz wyższych zysków, które cieszą akcjonariuszy. W efekcie notowania akcji idą w górę, w czasie gdy oprocentowanie obligacji (lub ich rentowność na rynku wtórnym) spada. Wybór instrumentu inwestycyjnego wydaje się więc oczywisty.
Wymienieni obok emitenci, którzy zdecydowali się na publiczne emisje obligacji i jednocześnie ich akcje są notowane na giełdzie, są jednak grupą specyficzną. Nie tylko dlatego, że inwestor indywidualny ma rzeczywistą szansę kupić ich obligacje lub akcje, ale także ze względu na kryteria jakościowe, które muszą spełniać. Przeprowadzenie emisji publicznej obligacji to spory koszt, którego poniesienie usprawiedliwia tylko wielkość emisji i statystyki w przypadku mniejszych emitentów okazują się mniej korzystne (patrz ramka). Kluczowe znaczenie ma także ryzyko reputacyjne, które bierze na siebie oferujący. Posiadacz obligacji nawet przez moment nie powinien się zastanawiać, czy otrzyma należne mu środki – tak wygląda przynajmniej opakowanie publicznych ofert obligacji. Default emisji publicznej oznaczałby utratę środków kilkuset inwestorów (tylu składa zwykle zapisy) i zaufania tysięcy kolejnych, do których dzwonili maklerzy z propozycją złożenia zapisu. Z drugiej strony to właśnie solidność bilansów emitentów przeprowadzających publiczne emisje obligacji (to generalizowanie, a nie opinia o każdym z nich z osobna) oraz osiągane zyski przekładają się później także na godny pozazdroszczenia wzrost notowań akcji.
Kwestia koniunktury