Na całym świecie ludzie ulegają finansowym oszustwom. Polacy świetnie radzą sobie z przedsiębiorczością, z zakładaniem firm i szukaniem pomysłu na biznes, ale czasem zapominają, że jedna nietrafiona decyzja finansowa może oznaczać upadek firmy. To było bardzo dobrze widoczne przy decyzjach o zabezpieczaniu się przed ryzykiem walutowym w latach 2007–2008. Po okresie bardzo dużej aprecjacji złotego do euro i innych walut nastąpiła znaczna zmiana trendu i część osób podjęła próby spekulacji na kursie, które skończyły się tragicznie dla niektórych przedsiębiorstw. To sugeruje, że brakuje nam wiedzy czysto finansowej, m.in. tej dotyczącej właśnie kontraktów terminowych. Nie jest to łatwa wiedza, ale często podana jest w formie niewielkiej broszury lub małym druczkiem gdzieś na dole, czego zazwyczaj nie chce się czytać. Tymczasem takie sprawy muszą być bardzo transparentne i klarownie wytłumaczone.
Warto też powiedzieć o kredytach w obcych walutach. Myślę, że tutaj wiele osób, które się na taki kredy zdecydowało, myślało zbyt krótkoterminowo, licząc na to, że notowania będą się utrzymywać w dotychczasowych trendach. Kłania się więc brak wiedzy o rynku walutowym, a w konsekwencji brak właściwej oceny ryzyka. Zawsze powtarzam, że jeśli komuś bardzo dobrze idzie w biznesie, to zaczyna powoli ignorować ryzyko, staje się zbyt pewny siebie. Uważam, że nawet po osiągnięciu sukcesu należy go dokładnie przeanalizować, sprawdzić, ile jest w tym naszej zasługi, a ile korzystnego splotu sytuacji rynkowych.
Dlaczego tak słabo szacujemy to ryzyko? Jeżeli pojawia się na rynku firma, która oferuje 12 proc. zysku rocznie bez ryzyka, to od razu powinna nam się zapalać lampka ostrzegawcza.
Większość osób lubi słuchać dobrych wiadomości, m.in. takich, że będą bogaci. Gdy ktoś dawał 12 proc., to na tle lokat bankowych faktycznie wyglądało to imponująco. Takie historie przerabialiśmy już na początku lat 90. Na przykład Bekao, czyli Bezpieczna Kasa Oszczędności. Oni też dawali wtedy największe oprocentowanie, z tym że nie był to bank, ale inicjatywa prywatna. Później właściciel zabrał pieniądze i zniknął. Korzystne oferty zysku zawsze wiążą się z podwyższonym ryzykiem. Trzeba sobie z tego zdawać sprawę. I nie chodzi tu tylko o finansowych oszustów. Pamiętam, jak 20 lat temu znajomy profesor przekonywał mnie, że na giełdzie najwięcej zarabia ten, który najwcześniej kupuje. Uważał, że nasze wykłady o kalkulacji ryzyka i dywersyfikacji portfela mijają się z prawdą. To był czas silnych zwyżek na GPW, gdy akcje dawały naprawdę sowite stopy zwrotu. Niestety, po paru miesiącach rynku byka WIG zjechał z 20 tys. pkt do około 6 tys. pkt, z rynku zniknął obrót, a znajomy profesor stracił pieniądze na wymarzonego poloneza i przyznał mi rację.
Takie historie, mimo upływu lat, wciąż się powtarzają. Nie kalkulujemy ryzyka. A trzeba pamiętać, że często wielkie wpadki pojawiają się po wielkich sukcesach. Na rynku to pokora zapewnia nam długookresowe funkcjonowanie.
Na giełdzie warszawskiej, zwłaszcza w ostatnim czasie, można całkiem nieźle zarobić, ale doświadczeni inwestorzy wiedzą, że handel akcjami wiąże się z podwyższonym ryzykiem. Jak w tym kontekście ocenia pan aktualną sytuację na naszym rynku? Czy nadal możemy liczyć na wysokie zyski i kontynuację hossy, czy jednak rośnie nam ryzyko zmiany trendu?