Parkiet PLUS

Ekonomiści w świecie iluzji

David Orrell kanadyjski matematyk, autor książki „Economyths”
Foto: Archiwum

Jest pan z wykształcenia matematykiem. Dlaczego postanowił pan zająć się ekonomią, a mówiąc dokładniej, jej krytyką?

Doktoryzowałem się w dziedzinie prognozowania w systemach nieliniowych, takich jak np. pogoda. Kilka lat później napisałem pierwszą książkę, która też dotyczyła prognoz w różnych dziedzinach życia i nauki. Wówczas jeden rozdział poświęciłem ekonomii, bo duża część ekonomistów i finansistów zajmuje się głównie przewidywaniem.

I doszedł pan do wniosku, że potrzebujemy nowej ekonomii.

Uderzyło mnie to, jak dziwne są założenia, na których bazują modele ekonomiczne. Na  przykład założenie, że rynki i gospodarka są stabilne, które leży u podstaw modeli oceny ryzyka. Albo że ludzie postępują racjonalnie i niezależnie od siebie nawzajem w celu maksymalizacji swojej „użyteczności". Albo że zmiany cen da się wyjaśnić grą podaży i popytu. Rzeczywistość ustawicznie temu przeczy.

Ale to przecież muszą dostrzegać też ekonomiści.

Gospodarka ma wiele wspólnego z żywym organizmem, ale ekonomiści traktują ją jak maszynę i swoje teorie wzorują na fizyce i mechanice. Chcą postępować podobnie jak fizycy, ale zatrzymali się na archaicznej fizyce newtonowskiej

Pewnie tak. Ale te założenia przyjęto w celu uproszczenia równań ekonomicznych, aby dało się je rozwiązać. Pod koniec XIX w., gdy tworzona była tzw. ekonomia neoklasyczna, nie można było przyjąć, że gospodarka to nieliniowy, dynamiczny system, bo śledzenie ewolucji takich systemów wymaga komputera. Dlatego założono, że gospodarka zmierza do punktu równowagi, czyli jest stabilna w długim okresie.

To chyba niezbyt szkodliwe założenie, skoro nie przeczy niestabilności gospodarki w krótkim okresie?

To jednak nie jest jedyne uproszczenie. Równie wygodne było założenie, że ludzie podejmują decyzje racjonalnie, tzn. porównując zyski i straty. Dzięki temu ekonomiści mogą ocenić, jaką decyzję człowiek powinien podjąć w danej sytuacji, i przyjąć na potrzeby symulacji gospodarki, że tak właśnie zrobi. A skoro zakładają, że ludzie są niezależni, zachowanie jednego człowieka mogą uśrednić i przyjąć, że wszyscy postępują jednakowo. Zachowań ludzi, którymi kierują emocje i wzajemne wpływy, nie da się tak uprościć. Dochodzi bowiem do różnych reakcji łańcuchowych, sprzężeń zwrotnych itd. Ogólnie, rzeczywista gospodarka ma wiele wspólnego z żywym organizmem, ale ekonomiści traktują ją jak maszynę, i swoje teorie wzorują na przestarzałej fizyce i mechanice.

Skoro ekonomiści od początku wiedzieli i nadal wiedzą, że dopuszczają się pewnych uproszczeń, to w czym problem?

W tym, że trzymają się tych założeń po ponad 100 latach, choć powód, dla którego je przyjęto, nie jest już aktualny.

Ale czy ekonomiści faktycznie wierzą w ekonomity, o których pan mówi? Może zapełniają one podręczniki, bo innych teorii nie ma, ale ekonomiści wiedzą, że to uproszczenia.

Gdy spyta się ekonomistę wprost, czy wierzy w prawdziwość upraszczających założeń, to oczywiście powie, że nie, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Ale w codziennej praktyce koncepcje racjonalnych oczekiwań i stabilnych, samoregulujących się rynków są powszechnie przyjmowane. To na tych teoriach bazowała deregulacja rynków finansowych w USA i Wielkiej Brytanii z ostatnich kilku dekad. Na nich też bazują modele oceny ryzyka, których używają banki. Na dodatek wymagają od nich tego przepisy Komitetu Bazylejskiego dotyczące obliczania zabezpieczeń kapitałowych dla rozmaitych aktywów.

Przegląd poczytnych książek ekonomicznych sugeruje, że dziś modne jest raczej podważanie racjonalności ludzi, mówienie, że ich zachowaniem zawiadują „zwierzęce instynkty". Co ciekawe, twórca tego terminu, John Maynard Keynes, sam istotnie się przyczynił do matematyzacji ekonomii, choć powinien przyjąć, że ludzkich zachowań nie da się modelować.

Dla Keynesa matematyka była tylko narzędziem, na którym nie polegał całkowicie. Nie musiał, bo potrafił plastycznie i precyzyjnie wysławiać swoje myśli. Ale jego teoria była później poważnym wyzwaniem dla ekonomistów głównego nurtu. A jednym ze sposobów radzenia sobie z poważnymi przeciwnikami jest przeciąganie ich do swojej drużyny. Teorię Keynesa oswojono, wtłaczając ją w matematyczne ramy. Stąd mowa o „keynesizmie z nieprawego łoża". Ale to nie odmieniło istoty głównonurtowej ekonomii. Na przykład Keynes kładł nacisk na to, że ludzkie zachowania są często nieprzewidywalne, bo wynikają ze spontanicznych impulsów, a rachunku korzyści i strat na podstawie prawdopodobieństwa ich wystąpienia! Dlatego sądził, że rząd może odgrywać rolę stabilizującą. Ale ekonomiści nie chcieli tego słuchać.

Naukowcy wszelkiej maści zajmują się poszukiwaniem niezmiennych praw. I wszyscy przyjmują jakieś upraszczające założenia. Dlaczego gani pan za to tylko ekonomistów?

Twierdząc, że ryzyko daje się mierzyć i prognozować, finansiści mogą się cieszyć statusem proroków. Gdyby przyznali, że wielu rzeczy nie rozumieją, podkopaliby swoją pozycję

Zgoda, że uproszczenia są potrzebne. Ja pracuję sporo nad przewidywaniem skutków leków antynowotworowych. Teoretycznie do tego zdania można podejść, tworząc możliwie kompletny model nowotworu i wprowadzić do tego modelu badany lek, żeby zobaczyć, co się stanie. Ale to w praktyce nie działa, bo jeśli model ma zbyt wiele zmiennych, trudno wyciągnąć jakiekolwiek wnioski. Ale to przecież nie znaczy, że mogę przyjąć dowolne upraszczające założenia. One muszą być sensowne. Tymczasem założenia ekonomistów są kompletnie oderwane od rzeczywistości i zupełnie niezgodne z tym, jak zachowują się i czego potrzebują realni ludzie. W efekcie, ekonomia jest zwodnicza. Ponadto trzeba pamiętać, że się te uproszczenia przyjęło.

Ekonomiści nie pamiętają?

Często o tym zapominają i traktują swoje modele tak, jakby to był wierny obraz rzeczywistości. Chcą postępować podobnie jak fizycy, ale zatrzymali się na archaicznej fizyce newtonowskiej. Poszukują uniwersalnych, prostych praw, które tłumaczą wszelkie ekonomiczne zjawiska. Tymczasem w innych naukach akceptuje się zawiłość badanych systemów, tylko szuka się pewnych prawidłowości, regularności. Modele wtedy nie są czymś, co obrazuje działanie całego systemu, tylko swego rodzaju wycinkami, które przybliżają odpowiedzi na konkretne pytania, rzucają światło na pewne zjawiska. Naukowcy dobrze znają ograniczenia tych modeli i nie próbują wyciągać z nich zbyt daleko idących wniosków.

Może modele ekonomistów, pomimo nierealistycznych założeń, które pan wyśmiewa, są po prostu skutecznymi narzędziami prognostycznymi?

Tak neoklasycznej ekonomii bronił Milton Friedman. Mówił, że teorię należy oceniać nie na podstawie celności jej założeń, tylko trafności prognoz. Ale prognozy ekonomistów rzadko są trafione. Ich modele nie tylko nie były w stanie dostrzec zbliżającego się kryzysu, ale jeszcze się do niego przyczyniły. Stworzyły bowiem iluzję bezpieczeństwa, stabilności.

To jak można wytłumaczyć to, że ekonomiści trzymają się uparcie teorii, którym rzeczywistość ustawicznie przeczy?

To jest właśnie rodzaj pytań, które mnie nurtują. Weźmy takie modele oceny ryzyka związanego z instrumentami finansowymi, używane przez banki. Opierają się na założeniu, że zmiany cen instrumentów finansowych mają rozkład normalny, tzn. że w zdecydowanej większości przypadków mieszczą się w jakimś wąskim przedziale, a tylko okazjonalnie są dużo większe lub dużo mniejsze. Wpisuje się to we wzorowaną na newtonowskiej fizyce wizję rynków i gospodarki, w ramach której inwestorzy są niezależni od siebie, racjonalni i szybko reagują na losowe wydarzenia. Ale wystarczy rzut oka na historię notowań indeksów giełdowych, aby zauważyć, że one wcale się w ten sposób nie zachowują. A mimo to banki dokonują gigantycznych transakcji, bazując na takich modelach.

Dlaczego?

Pewnie jest wiele powodów. Według mnie jednym z ważniejszym jest ten, że stosowanie takie prostej matematyki daje finansistom iluzję kontroli. Twierdząc, że ryzyko daje się mierzyć i prognozować, mogą się cieszyć statusem proroków. Gdyby przyznali, że wielu rzeczy nie rozumieją, podkopaliby swoją pozycję.

Krytykuje pan ekonomistów za to, co robią finansiści. A może współczesny sektor finansowy nie jest wcale zorganizowany zgodnie z tym, co sugerowaliby akademicy?

Akademiccy ekonomiści i międzynarodowe instytucje ekonomiczne w rodzaju MFW i OECD też stosują upraszczające modele, tyle że makroekonomiczne. Opierają się one na założeniu, że istnieje coś takiego, jak punkt równowagi gospodarki. Nie zakładają, że gospodarki są w równowadze, ale że do niej zmierzają. Akademicka ekonomia – mówimy oczywiście o głównym nurcie – bazuje więc na tych samych pryncypiach co teoria i praktyka finansów. Być może prawdą jest, że finansiści posługują się pewnymi uproszczeniami we własnym interesie, bo wiedzą, że można na tym zarobić. Ale teoria ekonomii to postępowanie legitymizuje. Nieprzypadkowo zresztą dominuje taka a nie inna teoria. Wnioski głównonurtowej ekonomii są zbieżne z interesami najbogatszych, dlatego jest ona tak dobrze dofinansowana. To tak jak z szukaniem przestępcy: podejrzanym zawsze jest ten, kto na przestępstwie mógł zarobić.

Nie przecenia pan wpływu teoretyków ekonomii na to, jak wygląda praktyka? Sugeruje pan, że większość ekonomistów opowiada się za wolnym rynkiem, a przecież w praktyce w każdym rozwiniętym kraju za połowę PKB odpowiadają wydatki rządów.

To prawda, że rządy mają duży udział w gospodarce, ale to nie znaczy, że krępują one działanie rynków i że gospodarki są odpowiednio regulowane. Według mnie ekonomistą, który miał największy wpływ na polityków, był Milton Friedman, który doradzał Ronaldowi Reaganowi i Margaret Thatcher. Jego najważniej- sze przesłanie było zaś takie, że rynki same się regulują, więc gospodarka wymaga daleko idącej deregulacji, aby sprawnie działała. Sugerował nawet, aby deregulacja objęła sektor farmaceutyczny. Ja w tym sektorze pracuję i założenie, że firmy farmaceutyczne nie będą wpuszczały na rynek szkodliwych bubli, bo jeśli to zrobią, to zbankrutują, wydaje mi się śmieszne. Przecież jeśli ich nie wpuszczą, to też zbankrutują. Nawet rynek mięsa nie jest w stanie sam się regulować, co pokazuje ostatni skandal z hamburgerami z koniny, a co dopiero o wiele bardziej skomplikowany rynek leków!

Ekonomiści sądzą, że stabilne są wolne rynki, tymczasem w praktyce prawie nigdy takie nie są. Może gdyby postulaty pełnej deregulacji rynków zostały spełnione, poprawiłaby się ich stabilność i nie dochodziłoby do naprzemiennych boomów i krachów?

To bardzo popularny argument wśród zwolenników wolnego rynku. Zawsze można  powiedzieć, że dany rynek zawodzi, bo zaburzają go regulacje i ingerencje władz. Ale to jest argument z gatunku: komunizm się nie sprawdził przez wypaczenia, kompromisy i ustępstwa. Fakty są jednak takie, że gdy na czele Fedu stał Alan Greenspan, sektor finansowy został mocno zderegulowany, po czym nadszedł kryzys. To oczywiście nie dowodzi związku przyczynowo-skutkowego między deregulacją a kryzysem, ale nawet Greenspan nie śmiał powiedzieć, że kryzys wybuchł, bo deregulacja nie zaszła dość daleko.

Greenspan akurat nie za bardzo nadaje się na patrona wolnego rynku. W końcu to on dał bankom sygnał, że w razie kryzysu będą mogły liczyć na interwencje władz, w czym wielu ekonomistów upatruje źródeł ich lekkomyślności.

Chciałem tylko powiedzieć, że bawi mnie to, że ekonomiści przedstawiają wolny rynek jako swego rodzaju naturalny stan gospodarki, a wszelkie regulacje jako jakąś szkodliwą narośl. Prawda jest bowiem taka, że naturalne systemy  – np. biologiczne – są bardzo mocno regulowane, tak jak procesy w naszym organizmie. Powinniśmy wyciągnąć wnioski z tego, że te naturalne systemy są stabilne przez tysiąclecia.

Ale te naturalne systemy, wraz z mechanizmami regulującymi, powstały samorzutnie w toku ewolucji. Być może rynki też by takie mechanizmy samoistnie wytworzyły?

Być może, ale rynki nie są systemami naturalnymi, to my je stworzyliśmy, więc powinniśmy móc sprawować nad nimi kontrolę. A rynki finansowe mają na dodatek szczególny charakter. Większość firm coś po prostu produkuje, a banki nie. Banki kreują pieniądz. Pożyczają kapitał, którego nie mają. To ogromny przywilej, który bankom dają społeczeństwa: bo to one dają rządowi prawo tworzenia pieniędzy, a rząd przekazuje to prawo bankom. Ze względu na tę rolę, banki są bardziej niż inne firmy chronione przed upadkiem. I dlatego muszą być nadzorowane.

Ale mogłyby być nadzorowane przez klientów. Obecnie nie są, bo klienci nie mają takiego interesu, skoro ich depozyty są gwarantowane. Potrzebne są więc kolejne – oprócz tych gwarancji – regulacje. To jeden z wielu przykładów, gdy ingerencja w działanie rynku tak zaburza jego działanie, że konieczne są kolejne ingerencje.

Nie kwestionuję tego, że regulatorzy i rządy popełniają błędy, a niektóre z nich przyczyniły się do kryzysu. Prawdą jest na przykład, że jeśli regulacje są zbyt sztywne albo idą zbyt daleko, to ludzie będą się starali je omijać, a to może mieć gorsze skutki niż gdyby regulacji w ogóle nie było. Ale stąd płynie lekcja, że pisanie regulacji jest trudne, a więc należy poświęcać na to więcej czasu i pieniędzy, żeby były bardziej niezawodne, a nie, że należy z nich zrezygnować.

A nie zastanawia pana to, że kryzys zaczął się na rynku nieruchomości, w którego działanie w USA rząd mocno ingerował, oraz w sektorze bankowym, który na tle innych sektorów systemu finansowego – np. funduszy hedgingowych – jest objęty wieloma regulacjami?

Dostrzegam ten paradoks. Zresztą wciąż podkreślam, że w ekonomii paradoksów jest wiele i nic nie jest oczywiste. Bo równocześnie  w Kanadzie instytucje finansowe skarżyły się, że regulacje są bardziej surowe niż w USA, ale dzięki temu kryzysu u nas nie było. Jednocześnie w centrum kryzysu w USA był nieregulowany rynek instrumentów CDS (papiery zabezpieczające wierzyciela na wypadek niewypłacalności dłużnika  – red.). I wystarczyłyby bardzo proste przepisy, aby temu zapobiec. Na przykład rynek CDS byłby znacznie stabilniejszy i bardziej przejrzysty, gdyby wszystkie transakcje przechodziły przez izbę rozliczeniową.

Richard Bookstaber, wychodząc z takiego samego założenia jak pan – że system finansowy jest czymś z natury niestabilnym, dynamicznym i złożonym, pełnym rozmaitych sprzężeń zwrotnych – doszedł do całkowicie odmiennych wniosków. Twierdzi, że wprowadzając do systemu finansowego warstwę regulacji jeszcze bardziej go komplikujemy i zwiększamy jego podatność na wstrząsy.

Nie zgadzam się z tym. Regulacje regulacjom nie są równe. Na przykład zakaz wprowadzenia jakiegoś instrumentu do obrotu, zanim zostanie dobrze sprawdzony, nie może uczynić systemu bardziej skomplikowanym i niestabilnym. Trudno mi też uwierzyć w szkodliwość regulacji zmierzających do zwiększenia przejrzystości rynków. Proszę zauważyć, że biznes związany ze sprzedażą CDO (obligacje oparte na kredytach, kolejny instrument będący w centrum kryzysu finansowego – red.) przypominał biznes hamburgerowy. I tu, i tu nabywcy nie wiedzieli, co jest w produkcie końcowym (śmiech). Gwarantem jakości CDO miały być agencje ratingowe, opłacane przez twórców tych instrumentów i stosujące te same, błędne modele co oni. Pomysł, że regulacje tylko by ten rynek skomplikowały, jest śmieszny.

Ale jeśli gospodarka jest zdecydowanie bardziej skomplikowana, niż zakładają teorie ekonomistów, to może jest też zbyt skomplikowana, aby ją nadzorować? Nie przypisuje pan regulatorom zdolności umysłowych, których odmawia pan ekonomistom i finansistom?

Nie idealizuję wcale regulatorów, nie postrzegam ich przez różowe okulary. Oni też nie potrafią prognozować zjawisk gospodarczych. Ale przecież z tego, że nadzorcy nie potrafią ocenić, przy jakim poziomie cen na danym rynku można mówić o bańce spekulacyjnej ani kiedy ona pęknie, nie można wnioskować, że bańki spekulacyjne nie istnieją! Przeciwnie, w pewnym sensie na każdym rynku co rusz pojawiają się takie bańki. W końcu nikt nie wie, ile wynosi – dajmy na to  – adekwatna cena złota. I właśnie dlatego rynki trzeba monitorować, prewen- cyjnie przeciwdziałać niepokojącym zjawiskom, nawet jeśli alarm okaże się fałszywy. Nie trzeba do tego geniuszy. Wystarczy, aby regulatorzy wykazywali się odrobiną sceptycyzmu. Nie zakładali z góry, że każda innowacja jest korzyst- na. I kontrolowali skalę pewnych zjawisk. Przecież jest dość oczywiste, że sytuacja, w której całkowita wartość instrumentów pochodnych wielokrotnie przekracza wartość instrumentów bazowych, na których się opierają, jest niebezpieczna.

Sugeruje pan, że regulatorzy powinni mieć dość dużą swobodę działania, ich rola nie powinna się ograniczać do egzekwowania sztywnych reguł. Czy w demokratycznych społeczeństwach takie uznaniowe, dyskrecjonalne postępowanie urzędników nie budziłoby kontrowersji?

Trzeba by ludziom wytłumaczyć, że dzisiejszy system regulacyjny wcale nie jest bardziej przejrzysty. Instytucje finansowe ustawicznie obchodzą i naginają przepisy na swoją korzyść. Zresztą, w ich tworzenie zaangażowani są urzędnicy wywodzący się z Goldmana Sachsa i innych banków inwestycyjnych. To jest więc pewna gra interesów. Gospodarka i rynki nie są, jak twierdzą ekonomiści, bezstronne. I nie wystarczy kilka prostych, niezmiennych reguł, aby ten system działał sprawnie. Tymczasem do niedawna nadzorcy i bankowcy centralni postępowali właśnie tak: starali się być możliwie racjonalni, przewidywalni, działać w oparciu o reguły itd. A gdy wybuchł kryzys, popadli w drugą skrajność i zaczęli się szamotać, kierować emocjami. Nigdy by do tego nie doszło, gdyby regulatorzy wcześniej pozwolili sobie na nieco arbitralności.

Powiedział pan wcześniej, że dominująca teoria ekonomiczna nie tylko nie dostrzegła nieprawidłowości, które doprowadziły do kryzysu, ale nawet się do nich przyczyniła. W jakim sensie?

Teoria, że gospodarka jest stabilna, czyni ją faktycznie niestabilną. Bo sprawia, że rezygnujemy z pewnych regulacji, które zwiększyłyby stabilność gospodarki. Gdy przyznamy, że gospodarka nie jest w równowadze, że jest dynamiczna i kreatywna, paradoksalnie może się stać bezpieczniejsza. Bo nie będziemy mieli co do niej złudzeń.

Tacy ekonomiści jak William White twierdzą, że gospodarkę destabilizują próby jej stabilizowania. Na przykład banki centralne gasząc najmniejsze nawet kryzysy, sprawiają, że nie uruchamiają się mechanizmy korekcyjne, a w efekcie każdy kolejny kryzys jest coraz poważniejszy. Tomas Sedlacek przyrównał takie postępowanie do budowania wielkiej tamy, która wprawdzie zapobiega powodziom w dolinie, ale gdy pęka, powoduje potężną katastrofę.

Znam ten argument. Często używa się w tym kontekście metafory lasu: gdy straż gasi najmniejsze nawet pożary poszycia, to poszycie to nadmiernie się rozrasta, co umożliwia katastrofalną pożogę. W tym sensie kryzysy finansowe są nam potrzebne, są elementem krajobrazu. Jak mówił Schumpeter, dzięki kryzysom postępuje proces kreatywnej destrukcji. Ja bym jednak chciał, żeby ta destrukcja objęła nie tylko standardy życia wielu ludzi, ale też błędne założenia ekonomistów (śmiech).

Ale jednak przekonuje pan, że gospodarka potrzebuje mechanizmów stabilizacyjnych. Nie sądzi pan, że okresy długiej stabilności stwarzają iluzję bezpieczeństwa, która skłania ludzi i rządy do nadmiernego zadłużania się, a instytucje finansowe do podejmowania nadmiernego ryzyka?

Właśnie dlatego, że stabilność usypia, potrzebne są regulacje! Nawet w czasach prosperity. Sądzę zresztą, że głównym źródłem iluzji bezpieczeństwa są fałszywe przekonania o stabilności i efektywności rynków oraz racjonalności aktorów życia gospodarczego. Modele są oczywiście przydatne, ale mogą nas też zaślepić, jeśli zaczniemy przez ich pryzmat oglądać rzeczywistość. Gdy te założenia i modele porzucimy, pewnie będzie się nam wydawało, że wiemy mniej, niż wiedzieliśmy wcześniej. Ale to nie będzie niczym złym. Znajomość ograniczeń naszych umysłów uczyni nas ostrożniejszymi.

Nie ma obaw, że regulacje pójdą za daleko?

Oczywiście, że takie ryzyko istnieje. Ale teraz jest tak, że regulatorzy są zawsze z tyłu, że reagują na problemy, zamiast im zapobiegać. To m.in. wynik tego, że jest ich mniej niż finansistów i są gorzej opłacani. Dlatego, porównując z potęgą sektora finansowego, regulacje na pewno nie są zbyt surowe. Jesteśmy od tego bardzo dalecy.

Tłumaczy pan cały czas, co zrobić, aby gospodarka była bardziej stabilna. Dzięki temu może szybciej by się rozwijała. Ale nie jest pan wcale przekonany, że właśnie tego świat potrzebuje.

Rzeczywiście, tym, co mnie obecnie najbardziej martwi, nie jest wcale kryzys finansowy, tylko kryzys ekologiczny. A żeby ten kryzys zażegnać, ustawiczny wzrost gospodarczy nie jest wcale pożądany. Zamiast stawiać tempo wzrostu jako nasz główny cel, powinniśmy starać się zadbać o podtrzymywalność naszej gospodarki. Tylko że nie możemy przestać się koncentrować na wzroście, dopóki w naszych społeczeństwach istnieją tak duże nierówności społeczne. Dopóki ich nie zasypiemy, wzrost gospodarczy będzie potrzebny, aby dawać ludziom nadzieję na poprawę losu, aby się nie zbuntowali.

Jakich zmian wymaga ekonomia, aby rozwiązać problemy, o których pan mówi?

Opowiadam się za szerszym wykorzystaniem takich narzędzi matematycznych, jak teoria sieci, programowanie agentowe. To nie są magiczne panacea na problemy ekonomii, ale pozwalają zauważyć problemy, które pomijają dominujące obecnie w ekonomii techniki. Na przykład dzięki nim, już przed kryzysem można było wskazać instytucje, które są systemowo ważne i którym nadzorcy powinni byli poświęcać więcej uwagi. Co swoją drogą jest zaprzeczeniem założeń, na których opiera się ekonomia neoklasyczna: że między spółkami w gospodarce jest równe pole gry, że wszyscy mają dostęp do tych samych informacji itd. Modelowanie agentowe pozwala też stymulować rynki finansowe, interakcje między funduszami, inwestorami itd. Dość dobrze można w ten sposób modelować cykl boomów i krachów i badać, jak uczynić system nieco bardziej stabilnym.

Teraz sprawa jest jasna: po prostu szuka pan pracy dla siebie i znajomych matematyków.

(Śmiech). Mówiąc szczerze, mam sporo zrozumienia dla tych, którzy uważają, że matematyzacja ekonomii jest ważnym źródłem jej problemów. Sprawiła, że niektórzy uwierzyli, że dysponują cudownymi formułami oceny ryzyka i wiernymi modelami gospodarki, dzięki którym sprawują nad nią pełną kontrolę. Ekonomiści muszą więc kłaść nacisk na inne, niematematyczne metody badania i poznawania rzeczywistości. Zresztą, teoria sieci, o której wspominałem, to raczej technika wizualizacji. Ale oczywiście matematyka jest też w ekonomii potrzebna, tylko że inna niż dotąd, uznająca złożoność gospodarki. Matematyzacja ekonomii poszła po prostu w złym kierunku.

CV

David Orrell (ur. 1962 r.) jest kanadyjskim matematykiem i autorem książek popularnonaukowych. Kilka z nich, w tym głośną „Economyths", poświęcił ekonomii. Ostatnio, w 2012 r., wydał „Truth or Beauty: Science and the Quest for Order". Interesuje go głównie problematyka prognozowania w złożonych systemach, takich jak pogoda i gospodarka. Doktoryzował się na Uniwersytecie Oksfordzkim.gs

Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów "Parkietu"
Chcesz czytać więcej?
Zamów subskrypcję i odbierz 15% ZNIŻKI na kwartalny Pakiet Inwestora Parkietu!
  • E-wydanie "Parkietu"
  • Dostęp do analiz, opinii, komentarzy, kwartalnych wyników finansowych
  • Archiwum tekstów "Parkietu"
Kup teraz

Wideo komentarz