Parkiet PLUS

Fortuna na żużlowych kołach

Lokaut – słowo znane dotąd z lig amerykańskich, robi właśnie karierę w polskim żużlu. Zawodnicy protestowali przeciw nowym przepisom, które chciała im narzucić Ekstraliga. Mieli tym więcej do powiedzenia, że właśnie rozpoczął się okres transferowy.

Mistrz świata, Australijczyk Jason Doyle (w czerwonym kasku), przeprowadza się z Zielonej Góry do Torunia. Za sam podpis na umowie ma zainkasować 600 tys. zł.

Foto: Archiwum

Listę najbogatszych polskich sportowców co roku publikuje „Super Express". W zestawieniu z lutego 2017 roku znalazło się aż trzynastu żużlowców. Najlepszy z nich, Bartosz Zmarzlik, z zarobkami na poziomie szacowanym przez gazetę na niecałe 2,8 mln, zajmował 33. pozycję, za wieloma piłkarzami, ale przed choćby Michałem Pazdanem z warszawskiej Legii, siatkarzem Mariuszem Wlazłym czy złotymi medalistkami olimpijskimi Justyną Kowalczyk i Anitą Włodarczyk.

To tylko połowa prawdy, bo Michała Pazdana Legia dodatkowo ubiera, zapewnia transport na mecze i warunki do treningu. Żużlowiec za wszystko płaci sam. A koszty są niebotyczne.

Przy założeniu, że zawodnik startuje w dwóch ligach, dodatkowo jeździ w Grand Prix i pomniejszych turniejach, zalicza co najmniej 200 biegów. Sam koszt zakupienia w tym celu motocyklowych silników, a następnie ich serwisowania, to lekko licząc ponad 300 tys. zł. Dokładne kwoty są tajemnicą. A silnik to tylko część wydatków. W trakcie sezonu zawodnik zużywa ok. 200–250 opon, łączny ich koszt to około 50 tys. zł. Pomijając już wydatki typu olej, łańcuchy czy linki sprzęgłowe, opłacić trzeba jeszcze mechaników (od 3,5 tys. do nawet 10 tys. zł miesięcznie) i podróże. Najlepsi występują w dwóch, trzech ligach i jeżdżą na turnieje mistrzostw świata lub Europy. W tydzień potrafią zaliczyć pięć imprez.

W tej chwili trwa okres transferowy i zawodnicy ustalają, na jakich warunkach i gdzie będą jeździć przez rok. Po względnie spokojnym zeszłorocznym „okienku", tym razem na rynku panuje spore ożywienie.

Wielkie przenosiny

Zmianę klubu zapowiedział już nowy indywidualny mistrz świata Jason Doyle. Z Falubazu Zielona Góra przeniesie się do Get Well Toruń. Choć szczegóły umowy są tajne, to nieoficjalnie mówi się, że zawodnik zarobi w sumie ok. 2 mln zł w rok – od samego klubu, czyli nie licząc występów w Grand Prix, innej lidze czy ewentualnych indywidualnych umów sponsorskich. Za sam podpis ma dostać 600 tys. zł, a taka suma była ostatnio rzadko spotykana w Ekstralidze. Pozostała kwota to wynagrodzenie za każdy zdobyty punkt i ewentualne premie.

To sporo, jak na ostatnie lata. Jeszcze niecałe dziesięć lat temu najlepsi potrafili sobie wynegocjować umowy zapewniające zarobki w wysokości zbliżonej do 3 mln zł, oczywiście przy dobrej dyspozycji. Jeżeli zawodnik spisuje się słabo lub w ogóle nie jeździ, zarabia mniej lub w skrajnym przypadku nawet pieniądze oddaje. W przypadku Doyle'a duże znaczenie miało to, że klub z Torunia ma za sobą fatalny sezon, o mały włos nie spadł z Ekstraligi, w związku z czym działacze musieli się zdecydować na radykalne zmiany. Oprócz Australijczyka do Torunia przyjdą także Duńczyk Niels Kristian Iversen i Norweg z polskim paszportem Rune Holta. Na tyle co Doyle liczyć nie mogą, ale na dwie trzecie tej kwoty – jak najbardziej.

Z najlepszych polskich zawodników na przeprowadzkę zdecydował się były wicemistrz świata Jarosław Hampel (który również opuści Falubaz, przechodząc do mistrza Polski Unii Leszno), a także Przemysław Pawlicki, w przyszłym roku uczestnik cyklu Grand Prix (ze Stali Gorzów do GKM Grudziądz). Oni również mogą liczyć na milionowe gaże. W tym roku kluby wydały na kontrakty średnio 7,5 mln zł, w składzie mają na ogół do dziesięciu zawodników, ale część z nich to zarabiający znacznie mniej juniorzy.

Żużlowcy nie są specjalnie przywiązani do barw klubowych, choć bywało inaczej. Gdy w 1977 roku Zenon Plech ogłosił zamiar odejścia ze Stali Gorzów (formalnie motywując to chęcią rozpoczęcia studiów prawa morskiego na Uniwersytecie Gdańskim), Główna Komisja Sportu Żużlowego podjęła decyzję o zawieszeniu go na dwa lata. W końcu stanęło na tym, że zawodnik ma jeszcze przez rok jeździć w starym klubie, a do nowego, Wybrzeża Gdańsk, dołączyłby w 1978. Wyszło zupełnie inaczej. Plech został powołany do odbycia zasadniczej służby wojskowej i przypadkiem skoszarowany w Gdańsku. Po miesiącu został zatwierdzony do startów w barwach Wybrzeża, ale dużo wody musiało upłynąć w Warcie, zanim kibice z Gorzowa tę decyzję zaakceptowali. Później Plech był nawet trenerem Stali.

Po zmianie ustroju zmieniły się także zasady transferów. Po zakończeniu umowy klub wystawiał zawodnika na tzw. listę transferową, często z zaporową kwotą. Taki straszak na ogół działał, zawodnik karnie podpisywał kolejną umowę, w której już sobie zastrzegał, że następnym razem będzie „tańszy", ale dalej nie miał za wiele do powiedzenia. Od tej reguły były wyjątki. Les Gordon, prezes ówczesnego Pergo Gorzów, zszokował żużlowy światek, wykładając w 1997 roku 600 tys. zł za nieźle się wówczas zapowiadającego Tomasza Bajerskiego. Dwa lata później Pergo wyrównało swój rekord, płacąc tyle samo za Rafała Okoniewskiego.

Wierny jak Dudek

Z czasem i do żużla trafiło piłkarskie „prawo Bosmana". Obecnie, gdy zawodnikowi kończy się umowa, po prostu rozgląda się za nowym klubem, w poszukiwaniu tego, który da więcej, lub by poprawić pozycję negocjacyjną w rozmowach z dotychczasowym. W efekcie najstarszym żużlowcem, który nigdy w karierze nie zmienił barw klubowych, będzie w przyszłym roku 25-letni Patryk Dudek, od początku wierny zielonogórskiemu Falubazowi. Dotychczas liderem był występujący nieprzerwanie przez 16 lat w Toruniu Adrian Miedziński, ale właśnie ogłosił, że przenosi się do Włókniarza Częstochowa.

Pierwsza bariera została złamana w 2002 roku, gdy na przeprowadzkę z Gorzowa do ówczesnego ZKŻ Zielona Góra, lokalnego rywala, zdecydował się kapitan i symbol Stali Piotr Świst. Druga – gdy do Gorzowa trafił sześć lat później Tomasz Gollob. Legendarny gwiazdor polskiego żużla po 14 latach spędzonych w Bydgoszczy już w 2004 roku trafił do Unii Tarnów. Później Gollob zdecydował się na jeszcze odważniejszy krok, bo zaczął jeździć w Toruniu, u antagonistów Polonii Bydgoszcz. Ale realia się zmieniały, o wszystkim zaczęły decydować pieniądze.

Skąd ten bunt?

Dlatego Jason Doyle zmienia klub ósmy raz w ciągu dziesięciu lat (w Toruniu zresztą już przez rok jeździł), Rune Holta po raz 14. (również ma na koncie toruński epizod), a Nicki Pedersen, który z Unii Leszno trafi do Tarnowa, po raz 12. Nikogo też specjalnie nie dziwi, że Jarosław Hampel wraca do Unii Leszno, z której pięć lat wcześniej odchodził w atmosferze skandalu. Stare niesnaski szybko idą w zapomnienie.

Szybko, chociaż w tym sezonie jednak nieco później, bo żużlowe środowisko w ostatnich dniach było w stanie zawieszenia – zawodnicy gremialnie zaprotestowali przeciwko nowemu regulaminowi, narzucanemu przez Ekstraligę. Strajk okazał się na tyle skuteczny, że choć okienko transferowe zostało otwarte na początku listopada, niemal nikt nie podpisał jeszcze oficjalnego kontraktu.

Zawodnicy buntowali się przeciwko nowym sankcjom i obostrzeniom, jakie chciały wprowadzić żużlowe władze. W projekcie regulaminu znalazła się np. kara w postaci 500 tys. zł za samodzielne produkowanie gadżetów (smyczy, kubków itp.). Jest to absurdalne, gdyż zawodnicy jeżdżą nie tylko w Polsce, a czapkę ze swoim nazwiskiem mogliby sprzedać np. przy okazji meczu w lidze szwedzkiej. Ekstraliga chciała też ograniczyć miejsca reklamowe na stroju i sprzęcie zawodnika, umożliwić obcinanie wynagrodzenia za zdobyte punkty w przypadku przegranej zespołu w meczu lub pary w biegu oraz nakazać płacenie przez żużlowca 50 tys. zł, jeśli z własnej winy pozbawi się on możliwości startu w zawodach (np. poślizgnie się na schodach, jak to zrobił w tym roku Amerykanin Greg Hancock, tracąc drugą połowę sezonu).

Ekstraliga na krytykę zareagowała oficjalną formułą „te przepisy obowiązywały już wcześniej". – To prawda – przyznaje Krzysztof Cegielski, były żużlowiec, który musiał zakończyć karierę po wypadku, a teraz jako szef Stowarzyszenia Żużlowców Metanol pomaga zawodnikom i stał na czele ich protestu. – My to podnosiliśmy, była dyskusja nie raz na ten temat, tylko nie aż tak głośna, bo nigdy nie dochodziło do protestu na taką skalę. Gdybyśmy nie walczyli co roku, to myślę, że dziś zawodnicy nie zarabialiby w ogóle – mówi „Parkietowi".

– Tak naprawdę z wielu przepisów większość klubów nie korzystała – przyznaje Cegielski, jako przykład wskazując wspominane obcinanie wynagrodzenia po porażkach. – Najpierw prezesi przyjeżdżają na spotkania wewnętrzne i to ustalają, a później z zawodnikami się dogadują, że jednak nie będą z tego korzystać – tłumaczy.

Warto mieć jakiegoś haka

Po co zatem takie zapisy i po co protest? – Generalnie chyba przesłanie jest takie, że warto mieć zawsze jakiegoś haka. Właściwie w każdym momencie można ukarać zawodnika, a często jest to używane po to, żeby obniżyć sobie wobec niego zadłużenie – mówi Cegielski. Kilka dni temu w rozmowie w Radiu Zielona Góra opowiedział, jak jeden z klubów zorganizował podsumowanie sezonu, zaprosił na nie zawodników, zamówił alkohol, a następnie ukarał żużlowców za niesportowe zachowanie.

Ostatecznie strony osiągnęły porozumienie, Ekstraliga z części zapisów się wycofała, żadnego lokautu, czyli odwołania przez żużlowe władze rozgrywek, nie będzie. I kluby, i zawodnicy straciliby na tym za dużo pieniędzy. A te są w żużlu niemałe. Nsport+ za możliwość pokazywania najlepszej ligi świata w latach 2019–2021 zapłaci ponad 60 mln zł. Za poprzednie trzy sezony zapłacił 25 mln, skok jest więc spory. Ekstraliga chce się też pochwalić nową umową ze sponsorem tytularnym. Fortuna na żużlowych kołach się toczy.

© Licencja na publikację
© ℗ Wszystkie prawa zastrzeżone
Źródło: PARKIET

×

Żadna część jak i całość utworów zawartych w dzienniku nie może być powielana i rozpowszechniana lub dalej rozpowszechniana w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (w tym także elektroniczny lub mechaniczny lub inny albo na wszelkich polach eksploatacji) włącznie z kopiowaniem, szeroko pojętę digitalizację, fotokopiowaniem lub kopiowaniem, w tym także zamieszczaniem w Internecie - bez pisemnej zgody Gremi Media SA. Jakiekolwiek użycie lub wykorzystanie utworów w całości lub w części bez zgody Gremi Media SA lub autorów z naruszeniem prawa jest zabronione pod groźbą kary i może być ścigane prawnie.

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami "Regulaminu korzystania z artykułów prasowych" [Poprzednia wersja obowiązująca do 30.01.2017]. Formularz zamówienia można pobrać na stronie www.rp.pl/licencja.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły