Gospodarka - Kraj

Widać już symptomy przegrzania gospodarki

Gościem #PROSTOzPARKIETU był w środę Piotr Kalisz, główny ekonomista banku Citi Handlowy.
Foto: parkiet.com

Mogłoby się wydawać, że im szybciej rozwija się gospodarka, tym lepiej. Tymczasem w jednej z ostatnich analiz napisałeś, że polska gospodarka jest na drodze do przegrzania. Istnieje jakiś limit prędkości, którego gospodarka nie powinna przekraczać?

Prawdopodobnie tak, ale nie da się go precyzyjnie ustalić. Wiadomo, że nie jest dobrze, gdy gospodarka rozwija się zbyt wolno, ale gdy rośnie zbyt szybko, zaczynają się pojawiać napięcia, np. nadmiernie przyspiesza wzrost płac, a w ślad za nim inflacja.

W 2017 r. polski PKB powiększył się o 4,6 proc., a w samym IV kwartale o 5,1 proc. rok do roku. To jest za szybki rozwój?

Z pewnością nie da się w Polsce utrzymać wzrostu PKB na poziomie 5 proc. przez kilka lat z rzędu, nie powodując napięć. Większość szacunków wzrostu tzw. potencjalnego PKB, czyli bezpiecznego tempa rozwoju, kształtuje się w okolicy 3–3,5 proc.

Patrząc na wzrost PKB w ujęciu kwartał do kwartału, wydaje się, że już w IV kwartale gospodarka zaczęła hamować.

W IV kwartale PKB powiększył się o 1 proc. kwartał do kwartału, po 1,2 proc. w III kwartale. Ale to są tylko szacunki, obarczone pewnymi błędami. Jeśli okaże się, że w kolejnych kwartałach PKB także będzie rósł w tempie 1 proc., będziemy mogli mówić o spowolnieniu. I paradoksalnie to byłby optymistyczny scenariusz. W całym 2018 r. PKB powiększyłby się o około 4 proc., co oznaczałoby bardzo szybki wzrost, ale nie bardzo odległy od potencjału. W naszych prognozach założyliśmy właśnie na 2018 r. wzrost PKB o 4 proc., ale istnieje ryzyko, że okaże się on wyższy. Gospodarka Niemiec rozwija się w tempie bliskim 3 proc., a w tych warunkach wzrost PKB Polski o 4,5 proc. nie jest nierealny.

Jednym z symptomów przegrzewania się gospodarki jest zwykle deficyt na rachunku obrotów bieżących. Tymczasem Polska w 2017 r. po raz pierwszy od połowy lat 90. XX w. miała na tym rachunku nadwyżkę. Można argumentować, że to wynik zmian strukturalnych w gospodarce i do deficytów nie ma już powrotu.

Wygląda na to, że Polska weszła w fazę, którą Czechy i Węgry przeszły już wcześniej. Po długim okresie napływu bezpośrednich inwestycji zagranicznych te kraje zaczęły odnotowywać nadwyżki handlowe. Firmy, które wcześniej tam inwestowały, produkują bowiem zwykle na eksport. U nas boom inwestycji zagranicznych przyszedł nieco później, później więc doszło też do poprawy bilansu handlowego. Ale z rachunkiem obrotów bieżących sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Saldo obrotów bieżących można traktować jako miarę tego, czy oszczędności krajowe pokrywają krajowe inwestycje. Nadwyżka sugeruje, że kraj dużo oszczędza albo mało inwestuje. W Polsce dodatnie saldo obrotów bieżących w 2017 r. było według mnie efektem słabości inwestycji. Gdy wzrost inwestycji przyspieszy, saldo obrotów bieżących się pogorszy, choć nie tak jak dawniej. W naszej ocenie w tym roku będziemy mieli deficyt rzędu 1 proc. PKB, podczas gdy dawniej bywał on w okolicy 4–5 proc. PKB. Ale to nie będzie oznaczało, że gospodarka się nie przegrzewa. Mamy dziś nieco inny model rozwoju niż przed dekadą i gospodarka może się przegrzewać przy niższym deficycie obrotów bieżących.

Drugi symptom przegrzewania się gospodarki to wzrost inflacji. W Polsce jest ona wciąż umiarkowana.

Dynamika cen rzeczywiście nie jest wysoka, ale w zasadzie w ciągu roku wzrosła z -2 proc. do 2 proc. rocznie. Nie można powiedzieć, że nic się nie stało. To był wprawdzie w dużej mierze efekt czynników zewnętrznych, ale inflacja bazowa (nie obejmuje cen energii i żywności, zależnych od globalnych trendów cenowych – red.) też wzrosła o około 1 pkt proc. Obecnie oznaki przegrzewania się gospodarki są ewidentne właściwie tylko na rynku pracy. Ale to z czasem przełoży się na inflację. Po wielu latach niskiej inflacji i okresie bardzo silnej konkurencji firmy wciąż nie wierzą, że mogą przerzucać wyższe koszty na konsumentów. Ale gdy spojrzymy na plany firm dotyczące podwyższania cen oraz na odczuwaną przez nie presję płacową, widać wyraźnie, że zmierzamy ku wyższej inflacji.

Powiedziałeś, że nadmierne tempo wzrostu PKB najbardziej widać na rynku pracy. Firmy rzeczywiście skarżą się na brak pracowników jak nigdy wcześniej. Ale jednocześnie zatrudnienie w Polsce dynamicznie rośnie, a wzrost płac jest sporo niższy niż w przeszłości przy tak szybkim rozwoju gospodarki.

Wzrost zatrudnienia w sektorze przedsiębiorstw jest dość szybki, ale to nie jest wiarygodny wskaźnik tego, jak rzeczywiście rośnie zatrudnienie w gospodarce. Badania Aktywności Ekonomicznej Ludności pokazują, że w całej gospodarce dynamika zatrudnienia jest niższa. Widać, że firmy mają realne problemy ze znalezieniem pracowników. W starzejącym się społeczeństwie zwiększenie podaży pracy może być albo skutkiem większego napływu imigrantów, albo takiego wzrostu wynagrodzeń, który przyciągnie na rynek pracy osoby nieaktywne zawodowo. Niedobór pracowników w Polsce na pewno więc będzie prowadził do szybszego wzrost płac. To już zresztą widać. W 2017 r. dynamika wynagrodzeń doszła do 7 proc., podczas gdy wcześniej przez trzy lata była w okolicy 3–4 proc. Nie zdziwiłbym się, gdyby w 2018 r. w niektórych sektorach gospodarki dynamika płac przekroczyła 10 proc. W całej gospodarce raczej nie, ale nie można tego wykluczyć. Presja płacowa z sektora prywatnego prędzej czy później zacznie się przekładać na wzrost płac w sektorze publicznym. W kontekście dobrej sytuacji finansów publicznych to ryzyko jest według mnie niedoceniane.


Wideo komentarz