Giełda

Co mówią obligacje śmieciowe

Wydarzenia ostatnich kilkunastu miesięcy na Wall Street tylko potwierdzają, że jednym z kluczy do odszyfrowania zachowania tamtejszego rynku akcji jest rynek... obligacji korporacyjnych o wysokim dochodzie (high yield, dalej: HY), zwanych niezbyt pochlebnie śmieciowymi ze względu na brak tzw. ratingu inwestycyjnego i ponadprzeciętne ryzyko niewypłacalności.

Tomasz Hońdo, starszy analityk, Quercus TFI

Foto: Fotorzepa, Piotr Nowak

Z naszych obserwacji wynika, że ceny śmieciówek wykazują istotną zależność z akcjami. W dołkach bessy/większych korekt na Wall Street rentowność obligacji typu HY mocno szła w górę (2008/2009, 2011, 2015). Potem wraz z ożywieniem na giełdzie rentowności stopniowo malały. Można więc założyć, że rynek śmieciówek jest rodzajem barometru.

Zgodnie z tą regułą, począwszy od przełomu lat 2015/2016, ostry spadek rentowności papierów HY był skorelowany z równoległą wspinaczką S&P500. Tu pojawia się problem. Rentowność śmieciówek zdążyła w ramach tego trendu spaść z ponad 10 proc. (!) do ok. 5,5 proc. i dalej ostatnio już spadać nie chce.

Zatrzymanie spadku rentowności, a nawet próby jej odbicia sprawiły, że notowania ryzykownych obligacji zaczęły się ostatnio lekko osuwać. Kurs jednego z popularnych ETF-ów znalazł się najniżej od półtora miesiąca, podczas gdy giełdowy S&P 500 nadal bije rekordy. W efekcie obserwujemy powstawanie coraz większej „dywergencji". W wersji „niedźwiedziej" jest to negatywny sygnał dla akcji (bo papiery śmieciowe często wyprzedzały ruchy na giełdzie). W wersji „byczej" to jedynie chwilowa korekta.


Wideo komentarz