Nie da się ukryć, że przed początkiem wtorkowej sesji na warszawskim parkiecie czuć było lekki stres. WIG20 miał za sobą pięć spadkowych sesji z rzędu, a dodatkowo w nocy solidne zniżki zanotowały indeksy w Stanach Zjednoczonych (S&P500 spadł o 1,4 proc., a Nadaq100 o 2,2 proc.). Mało tego, zamknięcie poniedziałkowej sesji było najniższym kursem od kwietnia 2017 r., co potwierdza trwający od 23 stycznia trend spadkowy w segmencie największych spółek.

Pierwsze dwie godziny handlu były dosyć nerwowe i WIG20 poruszał się przy poziomie poprzedniego zamknięcia. Indeks wystrzelił w górę zaraz po godzinie 11.00, a głównym motorem napędowym tego skoku był bank PKO BP. Kurs jego akcji zyskał w momencie 3,3 proc., co przy udziale w portfelu WIG20 w wysokości 15,6 proc. musiało znaleźć odzwierciedlenie w zachowaniu indeksu. Do końca sesji bank utrzymał ponad 3-proc. wzrost, podobnie jak LPP i Energa. Gdyby nie słabość Lotosu, Orlenu i KGHM wynik byłby bardziej okazały, choć wzrost indeksu o 1,05 proc. do 2272 pkt należy uznać za dobry wynik. Spadkowa seria została przerwana, ale technicznie nic nie uległo zmianie. Najbliższe opory dla WIG20 to wciąż 2300 i 2380 pkt. Dopóki nie zostaną przebite, na rynku wciąż będzie obowiązywał scenariusz spadkowy.

 

Indeks dużych spółek nie oddawał jednak dobrze tego co działo się na całym warszawskim parkiecie podczas wtorkowej sesji. Pod koniec handlu przewaga niedźwiedzi widoczna była w kilku statystykach. Po pierwsze 46 proc. spółek było na minusie, a 34 proc. na plusie. Po drugie tylko 4 spółki pod koniec sesji mogły pochwalić się wyznaczeniem co najmniej rocznego maksimum notowań (intraday) – Amrest, Baltona, Eurohold i Pekabex. Analogiczny dołek wyznaczyło aż 21 podmiotów, w tym m. in. Enea, KGHM i PKP Cargo. Najsilniejszą spółką na rynku była Neuca (+9 proc. przed fixingiem), a najsłabszą Indata (-15,7 proc.). Wartość obrotów na GPW przekroczyła 700 mln zł.