Słabość złotego to nie jedna zła sesja, tylko wyraźne osłabienie od ponad miesiąca. Wśród głównych walut na świecie gorzej wypadły tylko korona szwedzka, dolar nowozelandzki i peso meksykańskie. Mniej stracił forint, czeska korona czy nawet euro. Wszystko sprowadza się do jednego: w USA wycenia się mocne podwyżki stóp, co nie jest do końca widoczne w reszcie miejsc na świecie. W USA wyceny musiałyby być mniej agresywne niż w reszcie świata, aby to dolar znajdował się pod presją, a jest zupełnie odwrotnie. Rentowność tamtejszych dziesięciolatek sięgnęła poziomów nieoglądanych od 2002 roku i to mimo dobrych spadkowych danych o inflacji. Rynek podwyżek nie skasował, tylko przesunął je w czasie. Dodatkowo ropa Brent znów znajduje się na poziomie trzycyfrowym, co komplikuje cały obraz inflacji na najbliższe miesiące. Status dolara pozostaje więc nienaruszony. Polska znajduje się niestety po negatywnej stronie globalnych fundamentów. Importujemy energię, wrześniowa inflacja wyskoczyła do 4 proc., paliwa podrożały o ponad 36 proc. rok do roku, a nowej tarczy paliwowej nie widać na horyzoncie. Rynek wycenia, że RPP będzie musiała podnieść stopy podobną liczbę razy co Fed. Problem w tym, że sama Rada tego nie mówi. I tu jest sedno sprawy. Różnica nie polega dziś na samych stopach, a na komunikacji. Fed jest gotowy do dalszego podnoszenia i dolar to wycenia. RPP czeka i złoty nie pozostaje dłużny. Październikowe posiedzenie byłoby dobrym momentem, żeby Rada przestała czekać na poprawę sytuacji. Lepiej zasygnalizować gotowość do podwyżki, a potem spokojnie się z tego wycofać, jeśli ropa i gaz stanieją, niż pozwalać rynkowi samemu zgadywać.