Główne amerykańskie indeksy kończą problematyczny sezonowo wrzesień w formie lepszej niż można się było spodziewać, biorąc pod uwagę otoczenie: rosnące rentowności obligacji i oczekiwania na podwyżki stóp procentowych oraz zbliżające się wybory do Kongresu.

Bliskość rekordów w przypadku S&P 500 czy Nasdaq 100 w pewnym stopniu „maskuje” jednak korektę widoczną na szerokim rynku. I nie mówię tu tylko o małych spółkach, których indeksy skasowały niemal całą, dobrze się zapowiadającą, tegoroczną przewagę nad blue chips. Również jeśli chodzi o sam S&P 500, to jego wersja nieważona (o równych wagach firm) od szczytu skorygowała się, do momentu pisania tego komentarza, o prawie 6 procent, czyli najmocniej od marca br., kiedy to w reakcji na wojnę w Iranie wskaźnik spadł o 8 procent. Goldman Sachs w ostatnim cotygodniowym raporcie wyliczał, że mediana spadku z 52-tygodniowego maksimum w przypadku spółek z S&P 500 to już niebagatelne 16 procent. Do tego dorzucić można jeszcze fakt, że już tylko mniej niż jedna czwarta walorów z tego indeksu notowana jest powyżej 50-sesyjnej średniej kroczącej.

Wygląda zatem na to, że „podskórnie” mamy jednak do czynienia z zauważalną korektą na Wall Street. Pocieszające jest natomiast to, że problematyczny na giełdzie sezon końca dobiegnie w trakcie października, kiedy to (na początku miesiąca) punkt kulminacyjny wzorcowo osiąga też niepewność przedwyborcza. Gdyby tylko do tych pozytywów udało się jeszcze dorzucić wyczekiwane otwarcie cieśniny Ormuz...