Reklama

Kraje nadbałtyckie są najszybsze w Europie, ale do euro im jeszcze daleko

Publikacja: 10.11.2006 07:54

Estoni, Litwę oraz Łotwę śmiało można nazwać tygrysami europejskiego wzrostu gospodarczego. Nadchodzący rok przyniesie ochłodzenie koniunktury, a rządy będą

się starać zmniejszyć inflację, by spełnić warunki wstąpienia do strefy euro

Rozwój gospodarczy trzech republik nadbałtyckich imponuje niejednemu krajowi Starego Kontynentu. W momencie gdy w całej strefie euro tempo rozwoju gospodarki wyniosło w II kwartale 2,7 proc., Łotwa i Estonia odnotowały dwucyfrowy wzrost PKB. Litewska gospodarka, największa spośród trzech proradzieckich republik, rozwijała się wolniej, ale też nieźle: 8,4 proc.

Wolniej, ale i tak szybko

Oczekiwane wyniki za III kwartał na Łotwie i w Estonii, choć gorsze niż poprzednie okresy, i tak będą mogły być powodem do zazdrości dla starej części Unii.

Reklama
Reklama

Spowolnienie koniunktury wyraźnie za to było zauważalne na Litwie, która rozwijała się w ostatnim kwartale w tempie 6,3 proc. Susza, która w tym roku nawiedziła również Polskę, osłabiła sektor rolniczy, pusty rurociąg "Przyjaźń", którym do końca lipca płynęła rosyjska ropa na Litwę, wpłynął zaś na znaczący spadek produkcji rafinerii w Możejkach, która jest największym przedsiębiorstwem w kraju i zarazem jedynym przetwórcą surowca w republikach nadbałtyckich. - Zawsze, kiedy występują problemy z dostawami dla Możejek, gospodarka zwalnia - twierdzi Rimantas Ruckis, główny analityk banku DnB Nord na Litwie.

Jednak to rosnąca konsumpcja jest jednym z głównych motorów rozwoju tamtejszych gospodarek. Rozrzutność obywateli krajów regionu może doprowadzić je do lekkiej zadyszki. W Estonii, w której w II kwartale podwyższono płace o 15 proc., prezydent kraju Toomas Ilves już wzywa rodaków do powstrzymania się od wydatków i oszczędzania. Wcześniej przed możliwością przegrzania gospodarki i wzrostem cen rząd estoński ostrzegał Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Niskie koszty kredytu sprawiły, że wielu Estończyków zaczęło zapożyczać się na potęgę, często po to, by kupić mieszkanie. Branża nieruchomości przeżywa boom inwestycyjny, a kupują zarówno miejscowi, jak i cudzoziemcy.

Euro jeszcze nie teraz

Obecnie inflacja w Estonii wynosi 3,7 proc. Rząd w Tallinie ma przez to problemy z przyjęciem wspólnej europejskiej waluty. Początkowo planowano, by Estończycy płacili w euro już w przyszłym roku, jednak plan okazał się zbyt ambitny. Tallin nie będzie w stanie obniżyć inflacji i zmniejszyć deficytu w obrotach bieżących, który w ubiegłym roku wyniósł 10,5 proc. PKB.

"Nie" Komisja Europejska powiedziała jako pierwszemu Wilnu, które również zamierzało przyjąć euro w 2007 r. Litwa nie zmieściła się w wyznaczonym celu inflacyjnym i na przyjęcie wspólnej waluty będzie musiała jeszcze poczekać. Teraz nasz sąsiad zamierza wejść do strefy euro za cztery lata. By zrealizować ten plan, Gediminas Kirkilas, litewski premier, namawia partie do podpisania porozumienia dotyczącego dyscypliny budżetowej. Ma to zapewnić stabilność w finansach publicznych na wypadek zmiany ekipy rządzącej po wyborach parlamentarnych w 2008 r. Wilno zakłada, że w tym roku deficyt budżetowy wyniesie 1,5 proc. PKB.

Prawdziwe problemy ze wzrostem cen ma Łotwa, w której inflacja wynosi 5,6 proc. W Unii Europejskiej szybciej ceny rosną tylko na Węgrzech, pogrążonych w kryzysie finansowym. Na Łotwie z inflacją walczyć może tylko rząd przez redukcję wydatków państwowych, gdyż od ubiegłego roku kurs miejscowej waluty łat został powiązany z euro i bank centralny stracił możliwość wpływania na ceny. Przyjęty trzy tygodnie temu budżet nie świadczy, zdaniem analityków, że politycy wzięli sobie walkę z inflacją do serca.

Reklama
Reklama

- Uchwalenie na 2007 r. deficytu na poziomie 162 mln łatów (292 mln USD) jest błędem. Przy tak dużym wzroście gospodarczym bez problemu można było zaplanować nadwyżkę - uważa Alf Vaangs, dyrektor Bałtyckiego Międzynarodowego Centrum Studiów nad Polityką Ekonomiczną. Problem z energią,

to problem z Rosją

Większej inflacji nie pomoże poskromić też droższy gaz, którego podwyżkę zapowiedziała Rosja. Wielki sąsiad daje się we znaki wszystkim republikom nadbałtyckim. Na Litwę - rurociągiem "Przyjaźń" - ropa nie dociera od awarii linii przesyłowej, do której doszło pod koniec lipca. Również port w Ventspils - największy na Łotwie i jeszcze do nie dawna jeden z ważniejszych terminali naftowych na całym wybrzeżu bałtyckim - od czterech lat nie otrzymuje rosyjskiego surowca. Vitol Group, nowy inwestor w naftoporcie, który w październiku kupił 38,6 proc. Ventspils Nafta za 136 mln USD, obiecuje, że ropa znów popłynie. Był to zresztą jeden z warunków przetargu na walory terminalu, których sprzedaż była największą prywatyzacją w historii kraju. Nadbałtyckie republiki, aby uniezależnić się energetycznie od Rosji, forsują projekt budowy elektrowni atomowej. Jedyna, która istnieje w tej części kontynentu, znajduje się w Ignalinie, ale wedle zaleceń Unii Europejskiej, ma być zamknięta do 2009 r. Rządy Litwy, Łotwy i Estonii zdecydowały się jednak na budowę elektrowni w tym samym miejscu. Tallin ma ogłosić nawet w tej sprawie referendum. Koszt inwestycji może - według wstępnych szacunków - wynieść nawet 5 miliardów dolarów. Zainteresowanie projektem zgłasza również Polska, co było jedną z kwestii poruszanych w trakcie ostatniego spotkania prezydenta Lecha Kaczyńskiego z przywódcami republik nadbałtyckich.

Populizm i afery również tutaj

Mimo że w tym regionie brak zawirowań politycznych o takim rozmiarze jak w Polsce czy na Węgrzech, to kraje nadbałtyckie również mają swoją specyfikę w tym względzie. Na Litwie, gdzie rząd Gediminasa Kirkilasa nie ma większości w Seimas (tamtejszym Sejmie), emocji w polityce dodaje działalność parlamentarnej komisji śledczej. Oskarża ona Algirdasa Brazauskasa, który w czerwcu ustąpił ze stanowiska premiera, o nieprawidłowości w prywatyzacji Ality, producenta wyrobów spirytusowych.

Miesiąc temu odbyły się wybory do parlamentu na Łotwie. Rządząca ekipa (z Aigarsem Kalvitisem na czele) obroniła swoją pozycję. To precedens w historii Łotwy, gdyż to pierwszy gabinet, któremu udało się utrzymać u władzy drugą kadencję. Jednak zwycięstwo zostało okupione wyrzeczeniami. Do koalicji złożonej z trzech ugrupowań, zarówno partii lewicowych jak i umiarkowanie prawicowych, dołączyła na początku miesiąca nacjonalistyczna i eurosceptyczna partia Ojczyzna i Wolność. Narodowcy otrzymają w rządzie teki ministra gospodarki, sprawiedliwości oraz resort odpowiedzialny za rozdział funduszy unijnych.

Reklama
Reklama

Wejście populistów do koalicji było konieczne, aby uzyskać bezpieczną większość w 100-osobowym parlamencie, gdyż rząd od kwietnia był mniejszościowy. W tym tygodniu gabinet Kalvitisa uzyskał w Saeima wotum zaufania.

Estończycy również mają koalicyjny rząd, którego trzonem jest Estońska Partia Reform z Andrusem Ansipem na czele, który pełni funkcję premiera. W skład gabinetu, nazywanego wśród Estończyków "czosnkowym" (od dań restauracji, w której było podpisane porozumienie między ugrupowaniami), wchodzi jeszcze populistyczna Partia Centrum i rolnicza Partia Ludowa. W marcu Estończycy zdecydują, czy pozostawią koalicję przy władzy. Prawdopodobnie w zbliżających się wyborach będzie można oddać głos przez internet. Taką alternatywę władze stworzyły już w 2002 r., gdy wybierano samorządy. Dlatego nie bez przyczyny Estonia nosi miano jednego z najbardziej skomputeryzowanych państw świata.

Mało debiutów

na giełdzie

Wysoki wzrost gospodarczy nie pomógł zbytnio lokalnym giełdom, należącym do szwedzkiej grupy OMX. Od początku roku Baltix Index, w skład którego wchodzą parkiety w Rydze, Tallinie i Wilnie, spadł o 3,6 proc. W dużej mierze to przyczyna ogólnego trendu na rynkach wschodzących, skąd późną wiosną odpłynęło sporo kapitału. Na kondycji litewskiego i łotewskiego rynku kapitałowego dodatkowo odbiły się zawirowania polityczne. Od połowy roku indeksy sukcesywnie odrabiają straty. Najlepiej dekoniunkturę przeżyła giełda w Tallinie, gdzie indeks OMXT wzrósł w ciągu roku o 10 proc. Ożywienie na estońskiej giełdzie nastąpiło za sprawą wejścia w październiku na parkiet Olimpic Entertaiment Group - operatora kasyn w krajach nadbałtyckich, Rosji, Ukrainie i Białorusi. Firma zebrała w ofercie 63,9 mln euro i obecnie jest jedną z największych spółek pod względem kapitalizacji wśród uczestników bałtyckiego rynku. Spółka planuje ekspansję w Polsce oraz rozważa również wejście na warszawski parkiet.

Reklama
Reklama

W regionie oferty publiczne są rzadkością. - Obecnie stopy procentowe są dość niskie, dlatego łatwo jest pozyskać z banków pieniądze na rozwój. Jednak gdy kredyty zdrożeją, wiele firm będzie szukać pieniędzy właśnie na giełdzie - uważa Karoly Kriber z banku SEB Eesti Uhispank.

Gospodarka
Na świecie zaczyna brakować srebra
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Patronat Rzeczpospolitej
W Warszawie odbyło się XVIII Forum Rynku Spożywczego i Handlu
Gospodarka
Wzrost wydatków publicznych Polski jest najwyższy w regionie
Gospodarka
Odpowiedzialny biznes musi się transformować
Gospodarka
Hazard w Finlandii. Dlaczego państwowy monopol się nie sprawdził?
Gospodarka
Wspieramy bezpieczeństwo w cyberprzestrzeni
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama