Komentarze

Rządy to główne źródło ryzyka systemowego

Rozmowa z Sheldonem Richmanem, redaktorem naczelnym miesięcznika „The Freeman”, wydawanego od ponad 50 lat przez Fundację na rzecz Edukacji Ekonomicznej (FEE) propagującą myśl wolnorynkową
Foto: GG Parkiet

[b]Jako propagator idei wolnorynkowych musi być Pan wstrząśnięty, obserwując reakcję amerykańskiego rządu na kryzys finansowy.[/b]

Jestem podwójnie sfrustrowany, ponieważ w moim przekonaniu kryzys jest skutkiem wcześniejszych działań rządu. Przedstawiciele władz nie zrozumieli prawdziwych przyczyn kryzysu, dlatego zastosowane przez nich „rozwiązania” są tylko powielaniem wcześniejszych błędów: zachęcania do zadłużania się, ratowania przed upadkiem firm, które powinny zbankrutować. Jestem zdania, że rząd powinien pełnić w gospodarce taką rolę, jak sędzia w meczu piłkarskim. Musi pilnować, czy ogólne zasady są przestrzegane, poza tym jednak trzymać się z dala od gry, nie pomagać żadnej z drużyn.

[b]Waszyngton jednak nie chciał pozwolić, aby upadek instytucji finansowych uderzył w ludzi, którzy nie mieli z nimi nic wspólnego. Czy istniały alternatywne rozwiązania, np. z repertuaru „ekonomii strony podażowej”, które Pan zapewne by preferował?[/b]

Rząd będzie zawsze argumentował, że niektórym spółkom nie można pozwolić na bankructwo, ponieważ są zbyt duże. Wiąże się to jednak z ogromnymi kosztami. Przede wszystkim chodzi o pokusę nadużycia (ang. moral hazard). Jest to przecież równoznaczne z powiedzeniem firmom, że w przyszłości też będą mogły liczyć na pomoc publiczną, przez co stają się mniej ostrożne, a to może się stać zarzewiem kolejnej bańki. Tymczasem kryzys był dobrym momentem na jednoczesną redukcję wydatków publicznych i podatków. Więcej pieniędzy zostałoby w rękach sektora prywatnego, pozwalając mu lepiej dostosować się do spowodowanych kryzysem trudności.

[b]Waszyngton pozwolił jednak na plajtę Lehman Brothers, co często przedstawia się jako próbę ograniczenia pokusy nadużycia.[/b]

Pozwolenie na upadek jednego banku, gdy się pomaga pozostałym, to zły pomysł. Niespójnie działania rządu rodzą – jak to nazwał historyk gospodarczy Robert Higgs – „niepewność reżimową”. W okresie Nowego Ładu w USA (program reform ekonomiczno-społecznych prezydenta Roosevelta z lat 1933-1939, który miał na celu przeciwdziałanie skutkom Wielkiej Depresji – przyp. red.) nie nastąpiło szybkie ożywienie inwestycji, ponieważ firmy i inwestorzy nie wiedzieli, co administracja wymyśli następnego dnia. Metoda Roosevelta polegała bowiem na próbowaniu wszystkiego, co miało choćby cień szansy, aby zadziałać. Nikt nie chciał inwestować, bo mogło się okazać, że w świetle nowych inicjatyw ogłoszonych kolejnego dnia inwestycja okaże się bezsensowna. Tym razem było tak samo. Rząd stworzył np. warty 700 mld USD fundusz TARP, który miał posłużyć do wykupienia od banków toksycznych aktywów. Jednak gdy pieniądze trafiły do Departamentu Skarbu okazało się, że posłużą one do kupienia udziałów w bankach, czyli ich częściowej nacjonalizacji. To zdecydowanie nie jest atmosfera, która może sprzyjać inwestycjom.

[b]Niektóre z proponowanych w następstwie kryzysu regulacji zmierzają do zwiększenia przejrzystości na rynkach, co poprawi atmosferę do inwestowania. Wymieńmy choćby próby nakłonienia banków do rozszerzenia zastosowania reguł „wyceny do rynku”, czy też uregulowania rynków OTC. Czy w świetle tego, co Pan powiedział, należy je poprzeć?[/b]

W przypadku wszystkich regulacji mamy do czynienia z tym, co Friedrich von Hayek nazywał „roszczeniem do wiedzy”, czyli przekonaniem regulatorów, że dysponują lepszą wiedzą, niż „kolektywna wiedza” rynku. W USA już istnieje masa przepisów, nakładających rozmaite wymogi informacyjne na instytucje finansowe. Bardzo często jednak są to informacje, które inwestorów nie interesują. Tylko regulatorzy sądzą, że są one ważne. W gąszczu tych nieistotnych danych często giną informacje naprawdę kluczowe. Musimy pozbyć się złudzenia, że autorzy ustaw wiedzą to, co twierdzą, że wiedzą. Weźmy przykład nowojorskiego senatora Charlesa Schummera, który proponował niedawno, że należy przeprowadzić konsolidację nadzoru finansowego, który obecnie jest rozproszony pomiędzy liczne agencje. Argumentował, że taki zunifikowany nadzór odpowiednio wcześnie dostrzegłby problemy banku Bear Stearns. Zanim doprowadziły one do jego bankructwa, regulatorzy mogliby się spotkać z zarządem banku – prywatnie, nie publicznie – i powiedzieć mu, że muszą zrobić to i to, żeby uniknąć problemów. Kim mieliby być ci mądrzy ludzie, którzy wiedzieliby więcej o funkcjonowaniu banku, niż jego zarząd?Wybitny amerykański ekonomista Harold Demsetz ukuł frazę „błąd nirwany” (Nirvana Fallacy) na określenie nieuprawnionych porównań pomiędzy istniejącym systemem rynkowym, który oczywiście jest niedoskonały i nieuporządkowany, z jakimś wyidealizowanym światem perfekcyjnych regulatorów. W rzeczywistości możemy wybierać tylko pomiędzy niedoskonałym rynkiem i niedoskonałymi biurokratami, którzy będą nieustannie popełniali błędy. W tym zestawieniu, niedoskonały rynek jest lepszym wyborem. Gdy rynek się myli, szybko następuje korekta, bowiem inwestorom na tym zależy. Biurokratom na tym nie zależy, ponieważ nie ryzykują własnymi pieniędzmi.

[b]Keynes uważał, że zbyt sprawne funkcjonowanie rynków finansowych sprawia, że ludzie preferują spekulację od działalności produkcyjnej, wobec czego należy transakcje finansowe utrudnić. Ten pogląd nie jest całkowicie obcy zwolennikom wolnego rynku. Np. George Gilder sugerował, że czym innym jest ingerencja w działanie realnej gospodarki, a czym innym w działanie rynków finansowych, które pełnią tylko funkcję pomocniczą. W tym sensie regulacja sektora finansowego, aby nie pozwolić na jego nadmierny i nieuzasadniony rozrost, nie jest chyba niewłaściwa?[/b]

Odrzucam takie rozumowanie. Keynes uważał, że ludźmi często kierują „zwierzęce instynkty”, przez co podejmują niezrozumiałe działania. To właśnie skłaniało go do poglądu, że należy nad tym zapanować. Ale przecież regulatorzy i biurokraci też są ludźmi. Dlaczego mielibyśmy zakładać, że po wstąpieniu w szeregi służby publicznej nagle stają się bardziej, racjonalni i wiarygodni?Jeśli martwi nas spekulacja, która staje się bardziej atrakcyjna niż produkcja, musimy przede wszystkim wyeliminować inflację. To według mnie wymagałoby likwidacji banku centralnego i stworzenia wolnorynkowej waluty, która zapewne musiałaby być powiązana ze złotem lub innym kruszcem. Ludzie postępowaliby znacznie ostrożniej, gdyby pieniądz nie był tak łatwo dostępny a stopy procentowe nie byłyby na sztucznie zaniżonym poziomie. Po drugie, spekulacyjna mentalność ludzi także była podsycana przez rząd. Np. przekonanie, że ceny nieruchomości będą ustawicznie szły w górę, które wybitnie sprzyjało spekulacji, nie było skutkiem „zwierzęcych instynktów”, tylko działań Waszyngtonu, który nie tylko utrzymywał niski koszt pieniądza, ale też bezpośrednio ingerował w rynek nieruchomości.

[b]Rozumiem, że nie jest Pan zwolennikiem uczynienia z Fedu „superregulatora” ds. ryzyka systemowego?[/b]

To śmieszne, że rządy chcą tropić ryzyko systemowe, którego same są największym źródłem. Rządy i banki centralne są w stanie wywołać katastrofę gospodarczą o skali, jakiej na wolnym rynku nikt nie mógłby spowodować.

[b]Problem firm zbyt wielkich, by upaść, przypomina tezę Schumpetera – który przecież nie był wrogiem wolnego rynku – że jedną z przyczyn fiaska kapitalizmu będzie tendencja do rozrastania się firm, przez co będą się one coraz bardziej biurokratyzowały i tłumiły konkurencję. Może więc propozycje rządów, aby rozbić te molochy, albo przynajmniej opracować reguły ich likwidacji w razie problemów, są słuszne?[/b]

Nie zapominajmy, że w USA nigdy nie było nieskrępowanego sektora bankowego. Władze zawsze mocno w tę branżę ingerowały, zwłaszcza na szczeblu stanowym. Mamy coś w rodzaju bankowego kartelu, organizowanego przez Fed. W takich warunkach – jak dowodził amerykański przedstawiciel szkoły austriackiej Lawrence White – banki będą większe i mniej liczne, niż w warunkach wolnego, zdecentralizowanego i konkurencyjnego rynku. Problem zbyt dużych instytucji finansowych został więc wykreowany przez władze. Co więcej, można argumentować, że wysokie płace w bankowości, z którymi obecnie próbuje się walczyć, także wynikają z tego, że nigdy nie było w tym sektorze prawdziwej konkurencji.

[b]Wydaje się, że podczas tego kryzysu rządom udało się uniknąć przynajmniej jednego błędu: nie mieliśmy mianowicie do czynienia z falą protekcjonizmu.[/b]

Niestety i na tym polu widać niepokojące sygnały. Wystarczy wymienić klauzulę „Kupuj amerykańskie”, wpisaną do pakietu Obamy, nazywanego „stymulacyjnym”. Wprawdzie sam prezydent wyraził obawy z powodu tego zapisu, ale jego rzeczywiste poglądy na ten temat są niejasne. Podczas kampanii wyborczej obiecywał w stanach o rozwiniętym przemyśle, że będzie dążył do zmian w Północnoamerykańskim Układzie o Wolnym Handlu (NAFTA). Gdy Kanadyjczycy i Meksykanie zaczęli się tymi obietnicami niepokoić, ludzie Obamy podpowiadali im, że trzeba na to patrzyć z przymrużeniem oka, że prezydent chciał tylko uspokoić robotników. To prawda, że nie mieliśmy tym razem do czynienia z protekcjonizmem na skalę ustawy Smoota-Hawleya (w czasach Wielkiej Depresji podniosła około 900 taryf celnych – przy. red.). Dziś nazwiska autorów tej ustawy są okryte niesławą. Ale właśnie dlatego, że tak dobrze znane są jej skutki, dziwi niedawna decyzja administracji Obamy, aby podnieść cła na chińskie opony. Zwłaszcza, że nie wprowadzono ich ze względu na podejrzenia o dumping czy subsydiowanie produkcji w Chinach. Zrobiono to na podstawie pewnego niejasnego zapisu w umowie między USA i Chinami, podpisanej podczas akcesji tych ostatnich do WTO, który pozwala na oclenie danego produktu, gdy jego import gwałtownie rośnie. Co więcej, Amerykańscy producenci opon i tak już dawno wycofali się z segmentu tanich opon, koncentrując się na produktach z wyższej półki. Wygląda to tak, jakby Obama odpłacił związkowcom za poparcie w trakcie kampanii. Jest to igranie z ogniem. Możemy się jeszcze doczekać wojny handlowej.

[b]Nawet jeśli Chińczycy faktycznie nie subsydiują produkcji opon, można argumentować, że zaniżają kurs juana, co daje im nieuzasadnioną przewagę w handlu. W tym sensie decyzja Obamy jest tylko przeciwstawieniem jednej niedopuszczalnej praktyki handlowej innej takiej praktyce.[/b]

To, czy juan jest sterowany, nie jest istotne. Nasz rynek i tak powinien pozostawać otwarty. Nawet gdybyśmy byli jedynym na świecie państwem stosującym politykę wolnego handlu, zyskiwalibyśmy na tym. Nie otwiera się swojego rynku tylko po to, aby inni z kolei otworzyli swój, choć politycy często tak to właśnie przedstawiają. Eksport jest zapłatą za to, co importujesz. Merkantylistyczne przekonanie, że eksport sam w sobie jest dobry, a import zły, jest fałszywe. Ludzie nie pragną pieniędzy, tylko dóbr. Powinniśmy się więc cieszyć, jeśli inne kraje chcą je nam tanio sprzedawać. A że nie chcą jednocześnie od nas kupować? To przecież tak, jakby sprzedawali nam za darmo – dają nam dobra, a w zamian otrzymują zielone papierki z podobiznami amerykańskich prezydentów. USA to wielki eksporter papieru.

[b]Problem wydaje się jednak głębszy. Chińczycy swoimi rezerwami zalewali – jak twierdzi m.in. szef Fed Ben Bernanke – amerykańskie rynki finansowe, co obniżało długoterminowe stopy procentowe (nawet gdy Fed zaostrzał politykę pieniężną) i doprowadziło do bańki na rynku nieruchomości. Dlatego proponuje się, żeby zniwelować globalną nierównowagę finansową, co wymagałoby zmniejszenia deficytu na rachunku obrotów bieżących USA i nadwyżki na tym rachunku w Chinach.[/b] Nie sądzę, aby kryzys był spowodowany deficytem na rachunku obrotów bieżących USA. Jest to tylko druga stroną nadwyżki na rachunku finansowym. To jest tylko kwestia rachunkowości, bo gdy doda się wszystkie takie rachunki gospodarka zawsze się bilansuje. Nie musi wcale być tak, że nasz eksport i import się równoważą. Najwyraźniej zagraniczne firmy i obywatele zamiast kupować nasze produkty wolą tu inwestować, co świadczy o atrakcyjności USA. Już Adam Smith powtarzał, że cała doktryna zachowywania równowagi w bilanse handlowym jest absurdalna.

[b]Co więc było Pana zdaniem fundamentalną przyczyną kryzysu?[/b]

Na kryzys złożyły się dwie przyczyny. Po pierwsze, możemy się zastanawiać, czy za czasów Alana Greenspana Fed nie trzymał zbyt długo stóp procentowych na zbyt niskim poziomie. Po drugie, amerykańskie władze od długiego czasu zachęcały do obniżania standardów polityki kredytowej banków. Wymieńmy choćby ustawę Community Reinvestment Act (przyjęto ją w 1977 r., lecz wzmocniono za prezydentury Clintona – przyp. red.), która miała nakłonić instytucje finansowe do zaspokajania potrzeb kapitałowych wszystkich obywateli, także ubogich. Od wypełnienia jej zaleceń regulatorzy uzależniali wydawanie bankom pozwoleń na fuzje, przejęcia, ekspansję itd. Istniał więc przymus udzielania niewiarygodnych kredytów. Na domiar złego, wspierane przez rząd instytucje kredytowe Freddie Mac i Fannie Mae skupowały od banków takie kredyty, aby umożliwić im udzielenie nowych, i łączyły je w pakiety, które następnie odsprzedawały inwestorom na całym świecie. Tak nadmuchiwana bańka na nieruchomościowa skłaniała Amerykanów do myślenia, że nieruchomości będą zawsze rosły, co zachęca do zadłużania się – w przyszłości dom i tak będzie znacznie więcej warty, niż kredyt. Spekulowaniu na rynku nieruchomości sprzyjał dodatkowo fakt, że Amerykanie mogli odliczyć raty odsetkowe kredytów hipotecznych od podatków, w przeciwieństwie do opłat za wynajem mieszkania. Taka polityka była prowadzona zarówno przez Demokratów, jak i Republikanów. Prezydent George W. Bush w 2003 r. wprowadził program „zero wkładu własnego”. Gdy kupuje się dom w 100 proc. z kredytu, nie ma się w nim żadnego udziału. Gdy więc ceny domów spadły poniżej wartości kredytów, tacy pożyczkobiorcy po prostu się wyprowadzili. To z kolei doprowadziło do załamania się całej struktury, nadbudowanej na kredytach subprime.

[b]Czyli nie uważa Pan, że należy jakoś zrównoważyć światowy system finansowy, zachęcając Chińczyków do konsumpcji, a Amerykanów do oszczędzania?[/b]

To Keynesiści uważają, że wzrost oszczędności jest z natury czymś złym, bowiem oznacza mniejszą konsumpcję. Nazywają to „paradoksem oszczędzania”. Dla mnie, patrzącego z perspektywy austriackiej szkoły ekonomii, jest oczywiste, że należy oszczędzać. Pieniądze te trafiają do banków, co z kolei umożliwia firmom skredytowanie rozwoju i sfinansowanie inwestycji. Innymi słowy, oszczędzając ludzie odkładają konsumpcję na przyszłość, pieniądze są dostępne dla firm na przygotowanie się do tej przyszłej produkcji. W ten sposób rynek harmonizuje w wymiarze międzyokresowym produkcję, konsumpcję i inwestycje, jeśli oczywiście pozwala się na swobodne fluktuacje stopy procentowej. Tymczasem rząd na takie fluktuacje nie pozwalał, tylko zaniżał koszt pieniądza.

[b]Od chwili wybuchu kryzysu często można usłyszeć, że ostatnie 30 lat rozwoju ekonomii to jedna wielka pomyłka. Wprowadzenie do niej rozbudowanego aparatu matematycznego nie przyniosło żadnych korzyści. Nadal nikt nie był w stanie dostrzec kryzysu, nie ma też zgody co do sposobów jego rozwiązania. Wciąż natomiast wymieniane są nazwiska ekonomistów sprzed 50-100 lat – Keynesa, Mynskiego, Schumpetera. Pan powołuje się na Hayeka, Misesa. Co przesądza o ich aktualności?[/b]

Istotnie, wielu głównonurtowych ekonomistów zgadza się, że makroekonomia znalazła się w rozsypce. Według mnie jeden nurt ekonomii nie stracił jednak na aktualności, gdy inne się załamały – jest to austriacka szkoła ekonomii, w szczególności w wydaniu Hayeka. Wciąż można się z niej wiele nauczyć, zwłaszcza na temat tego, jak duże zaburzenia może wprowadzić rząd, utrzymujący sztucznie niski koszt pieniądza. Nie sądzę natomiast, że można się tego nauczyć od Keynesa. Paul Krugman, który jest najwybitniejszym współczesnym keynesistą, ustawicznie powtarza jedno i to samo: że rząd nie wydaje wystarczająco dużo, że za mało się zadłuża i drukuje za mało pieniędzy. Jest to świetna teoria, której nie da się obalić. Gdyby nie nastąpiło ożywienie, Krugman powiedziałby, że rząd zbyt mało zrobił. Gdy jednak gospodarka staje na nogi, Krugman mówi, że to dzięki rządowej interwencji. Każdą teorię, której nie daje się sfalsyfikować, powinno się traktować podejrzliwie. Rozmawiamy przy okazji konferencji na temat Frederica Bastiata. Otóż Krugman Bastiata z pewnością nie czytał. Po ataku na World Trade Center powiedział bowiem, że ma to jedną dobrą stronę: jest dużo budynków do odbudowania. Jest to właśnie „błąd stłuczonej szyby”, o którym mówił Bastiat. W tym sensie nawet od XIX-wiecznego ekonomisty, jakim był Bastiat, można się niekiedy dowiedzieć więcej, niż od współczesnego, jak Krugman. Bastiat dostrzegał bowiem naturalną harmonię – czyli, jak później nazwał to Hayek, spontaniczny ład – która pojawia się, gdy ludziom po prostu pozwala się prowadzić interesy. Krugman, podobnie zresztą jak Keynes, w taki ład nie wierzy.

[b]Sheldon Richman[/b] przebywał w Warszawie na konferencji poświęconej dorobkowi XIX-wiecznego francuskiego ekonomisty Frederica Bastiata, którą zorganizowała w dniach 19-20 września Polsko-Amerykańska Fundacja Edukacji i Rozwoju Ekonomicznego (PAFERE).


Wideo komentarz