REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Świat

Rządy nie są w stanie zarządzać optymizmem i pesymizmem na rynkach

Ze słynnym analitykiem giełdowym Robertem Prechterem, autorem „Teorii fal Elliotta” rozmawia Grzegorz Siemionczyk
Foto: GG Parkiet

[b]Podkreśla Pan od dłuższego czasu, że amerykański rynek akcji znajduje się w długoterminowym trendzie spadkowym, choć będą się zdarzały korekty wzrostowe. Kiedy notowania sięgną dna i przy jakim poziomie?[/b]

Wskaźnik Dow Jones przypuszczalnie spadnie poniżej 1000 pkt (w czwartek zamknął się na poziomie 8711,8 pkt – przyp. red.). Cykle czasowe sugerują, że rynek niedźwiedzia utrzyma się jeszcze przez około 7 lat. To są jednak szacunki. Gdy rynki dotkną już dna, układ fal i wskaźniki techniczne to potwierdzą.

[b]Czyli pańskie prognozy są oparte wyłącznie na teorii fal Elliotta? Czy może widzi Pan też jakieś fundamentalne sygnały, które wskazują, że wzrost na giełdach, z jakim mieliśmy do czynienia od marca do czerwca, nie może się utrzymać?[/b]

Jeśli chodzi o przewidywania co do poziomu indeksu Dow Jones, opieram się całkowicie na teorii fal. Natomiast do prognozowania przełomowych momentów wykorzystuję cykle czasowe i inne narzędzia. Wskaźniki fundamentalne są opóźnione wobec rynków finansowych, nic więc nie mówią o przyszłości.

[b]W czerwcu, gdy trwająca od marca tendencja wzrostowa traciła impet, mówił Pan jednak, że akcje wkrótce znów zaczną drożeć. Wyjaśniał Pan, że korekty wzrostowe zwykle następują w dwóch etapach. Kiedy możemy spodziewać się szczytu tej dwuetapowej korekty?[/b]

Zgodnie z teorią fal Elliotta ruchy indeksów w kierunku przeciwnym do trendu następują w trzech falach – w tym wypadku w górę, w dół, i znów w górę. Gdy w marcu notowania sięgnęły dna (S&P 500 na poziomie 676,5 pkt – przyp. red.), przewidywaliśmy, że całą korektę wzrostową S&P 500 zakończy na poziomie 1000–1100 pkt. Kiedy indeks odbił się o około 300 pkt, wskazywaliśmy, że 11 czerwca nastąpi szczyt pierwszego etapu korekty wzrostowej (nastąpił 12 czerwca S&P przy poziomie 946,2 pkt – przyp. red.). Dotychczas udaje nam się dobrze wskazywać punkty przełomowe. Drugi szczyt korekty wzrostowej zostanie osiągnięty jeszcze w tym półroczu.

[b]Czy interesują Pana rynki wschodzące? Pytam szczególnie o rynki Środkowo-Wschodniej Europy. A ogólniej: czy powyższe przewidywania dotyczą także rynków akcji poza USA?[/b]

Rynki na całym świecie są ze sobą skorelowane, zwłaszcza w okresie rynku niedźwiedzia. Większość giełd czekają zatem znaczne spadki.

[b]Panuje zgoda co do tego, że rynki akcji są skorelowane z realną gospodarką. Czy to, że oczekuje Pan długotrwałego trendu spadkowego, oznacza także, iż USA będą w recesji jeszcze przez kilka lat? Albo że będzie to recesja W-kształtna?[/b]

Notowania akcji poruszają się w górę i w dół za sprawą społecznych nastrojów, które zarazem przesądzają o tym, czy przedsiębiorcy podejmują ekspansywne czy defensywne decyzje. Ponieważ decyzje inwestycyjne można podejmować natychmiast, a wprowadzenie w życie decyzji biznesowych zajmuje dużo czasu, zmiany na rynkach akcji wyprzedzają zmiany w gospodarce. Trend zmienił się tak gwałtownie, że obecny rynek niedźwiedzia doprowadzi do recesji jeszcze głębszej niż Wielka Depresja z lat 30. Działania władz temu nie zapobiegły. [b]Na początku roku mówił Pan, że „żadna skala akcji kredytowej nie będzie w stanie zapobiec deflacji”. Czy nadal tak Pan uważa? Mogłoby się wydawać, że jednak działania rządów złagodziły przebieg recesji. Sporo mówi się o „zielonych pędach” ożywienia gospodarczego.[/b]

Rynki fluktuują, a rząd się miota. Gdy na rynkach następują spadki, wydaje się, że działania rządu zawodzą. A kiedy następuje ożywienie, wydaje się, że wysiłki władz przynoszą skutki. W rzeczywistości jednak rząd nie ma nad niczym kontroli. Jeśli zaś chodzi o „zielone pędy”, już sam fakt, że tak dużo się o nich mówi, wskazuje, iż koncepcja ta jest niewiele warta. Gdy w końcu na rynkach dojdzie do odbicia od ostatecznego dna, nikt nie będzie wierzył, że nastąpiła zmiana trendu.

[b]A zatem obawy o inflację wywołaną zbyt późnym przerwaniem pompowania przez rządy i banki centralne pieniędzy w światową gospodarkę są całkowicie nieuzasadnione?[/b]

Ludzie z reguły najbardziej obawiają się tego, czego należy się obawiać najmniej. Inflacja była problemem w latach 70. Teraz grozi nam deflacja, która postępuje w najlepsze, podczas gdy wszyscy drżą przed czymś całkowicie przeciwnym.

[b]Jak będzie wyglądała światowa gospodarka po tym okresie depresji i deflacji? I ile czasu będzie potrzebowała, aby się podnieść i wrócić do poziomu sprzed kryzysu?[/b]

Gospodarka świata będzie wyglądała tak jak w latach 30. Oczywiście najbardziej skurczy się gospodarka Stanów Zjednoczonych, która jest najbardziej zlewarowana. Gdy notowania na giełdach sięgną wreszcie dna, ożywienie gospodarcze będzie postępowało szybko. Same rynki finansowe nie wrócą jednak do poziomu sprzed kryzysu przez całe dekady.

[b]Jak rozumiem, nie ocenia Pan zbyt dobrze walki obecnej administracji amerykańskiej i innych rządów z kryzysem, zarówno jeśli idzie o próby uzdrowienia sektora bankowego, jak i ożywienia gospodarki. Czy istniały (istnieją) jakieś alternatywy dla prób zwalczenia kryzysu za pomocą gigantycznych wydatków publicznych?[/b]

Rządy i banki centralne ponoszą więcej winy za wywołanie kryzysu niż cała reszta uczestników rynku. To Kongres stworzył całą napędzającą kredyt machinę w postaci Fannie Mae, Freddie Mac, Ginnie Mae, Sallie Mae i Federalnych Banków Hipotecznych. Co więcej, rząd praktycznie zakazał konserwatywnej bankowości, tworząc Federalną Agencję Ubezpieczeń Depozytów. Teraz gigantyczne wydatki nic nie wnoszą do gospodarki, a wręcz są szkodliwe. Pogląd, że Waszyngton „walczy” z kryzysem, świadczy tylko o tym, iż rząd potrafi skutecznie zwodzić społeczeństwo.W bliskim terminie nie ma żadnego lekarstwa na kryzys. Jest na to za późno, bo niemożliwy do utrzymania poziom zadłużenia już zaistniał. W dalszej perspektywie jedyną alternatywą dla obecnego chaosu i destrukcji jest rezygnacja rządu z mieszania się w gospodarkę. Jednak nic takiego nie nastąpi, dopóki rząd nie zbankrutuje, a zanim to się będzie mogło stać, najpierw zbankrutować muszą obywatele.

[b]Jak rozumiem, z tym wiąże się pańska opinia, że do końca 2010 roku Stany Zjednoczone stracą najwyższą ocenę wiarygodności kredytowej. Ale przecież same agencje ratingowe zapewniają, iż USA mogą sobie pozwolić na gigantyczne zadłużenie ze względu na rolę dolara w światowej gospodarce. [/b]

Wyraziłem taką opinię, tworząc listę wydarzeń, które są prawdopodobne, biorąc pod uwagę głębię obecnego rynku niedźwiedzia. Nie jest to jednak żadna z moich zasadniczych prognoz. Mimo to wydaje się bardzo prawdopodobne, że amerykański rząd dojdzie do punktu, w którym nie będzie już mógł znaleźć nikogo gotowego inwestować w obligacje skarbowe, co z kolei zmusi go do znacznego podniesienia oprocentowania. To oczywiście scenariusz krańcowy. Przypuszczam, że gdzieś po drodze agencje ratingowe obniżą ocenę amerykańskiego długu federalnego.

[b]Czy gdyby rząd był mniej wszędobylski, wystarczyłoby to, by uniknąć kryzysu, czy tylko złagodziłoby jego przebieg? Skoro rynki poruszają się w cyklach, wydaje się, że załamania i tak są nie do uniknięcia. [/b]

Mniej ingerujący rząd zawsze jest lepszy dla gospodarki, więc i tym razem podejście leseferystyczne byłoby najlepszym sposobem przejścia przez kryzys. Rząd jednak będzie ingerował, więc w zasadzie nie ma się o co spierać. Niezależnie od tego kryzysy są nieuniknione, podobnie jak okresy prosperity.

[b]Wielu analityków uważa Pana za „niereformowalnego niedźwiedzia”. Co musiałoby się stać zarówno w realnej gospodarce, jak i na rynkach finansowych, aby zmienił Pan swoje prognozy? [/b]

Moja książka „Teoria fal Elliotta” z 1978 r. i uaktualniona w latach 1982–1983 przepowiadała wspaniały rynek byka, który przypominałby atmosferę „szalonych lat 20.” Czy można być większym optymistą? Zmienię więc swoje prognozy, gdy cykl fal Elliotta dobiegnie końca i/lub wskaźniki wyceny akcji i nastrojów inwestorów poprawią się. Te wskaźniki w stuletniej perspektywie są wciąż na poziomie wskazującym na trend spadkowy. Wątpię, aby zaczęły szybko wskazywać co innego.

[b]Jakie są Pana przewidywania odnośnie do rynku surowców energetycznych, którym Pan się również zajmuje?[/b]

Ceny ropy naftowej zakończyły długi trend wzrostowy w ubiegłym roku, osiągając 147,5 USD za baryłkę. Gdy ropa potaniała do 30 USD, prognozowaliśmy, że odbije się do 70 USD. Ta korekta już dobiegła końca. Uważam, że ceny spadną poniżej 10 USD. Nie podzielam więc obaw, iż wysokie ceny energii zahamują ożywienie gospodarcze. To właśnie brak perspektyw na ożywienie pociągnie w dół ceny ropy.

[b]Czy ma Pan jakieś rady inwestycyjne dla czytelników „Parkietu”? Czy istnieją jakieś jasne punkty na tym pesymistycznym obrazie? I jakie inwestycje są bezpieczne, skoro nie są nimi nawet amerykańskie obligacje skarbowe? Niekiedy wydaje się, że nie jest Pan zbyt entuzjastyczny nawet w odniesieniu do takich tradycyjnych „bezpiecznych przystani” jak złoto i srebro?[/b]

Cieszę się, że Pan o to zapytał. Sednem mojej książki „Pokonać krach” (ang. conquer the crash) jest to, że można dobrze prosperować nawet w czasie deflacji. Trzeba unikać wszystkich tradycyjnych inwestycji i trzymać bezpieczne ekwiwalenty gotówki w bezpiecznych instytucjach. Takie aktywa obejmują amerykańskie bony skarbowe, szwajcarskie bony skarbowe i być może instrumenty dłużne Singapuru i Nowej Zelandii, które to państwa uważam za wiarygodnych emitentów. Należy unikać depozytów bankowych, z wyjątkiem najbardziej wiarygodnych instytucji. Trochę złota także należy posiadać, ponieważ jest to jedyny realny pieniądz. Ale na srebrze nie można się już wzbogacić – to metal przemysłowy.

[b]Skoro uważa Pan, że rynkami rządzi głównie psychologia, czy nie obawia się Pan, że pańskie pesymistyczne prognozy mogą się stać samospełniającymi się przepowiedniami? [/b]

Rzeczywiście, rynki finansowe sterowane są falami optymizmu i pesymizmu, które wynikają z ludzkiej skłonności do zachowań stadnych w chwilach niepewności. Ale nie sądzę, żeby prognozy jednej osoby – a nawet potężnego rządu – mogły kształtować owe fale nastrojów społecznych. Tym bardziej nie uważam, aby moje teorie mogły wpłynąć na kierunek ruchów na giełdzie. Choć to byłoby niewątpliwie miłe.

[b]Skoro jednak niemal wszystkie rządy i instytucje świata jednocześnie przekonują (zwodzą) ludzi, że wydatki stymulacyjne przynoszą efekty, czy nie jest możliwe, że ostatecznie uda im się trwale poprawić nastroje na rynkach?[/b]

Rządy nie są w stanie zarządzać optymizmem i pesymizmem na rynkach. Przeciwnie, to fale optymizmu i pesymizmu rozstawiają po kątach rządy. Fale te są regulowane endogenicznie i żadna instytucja nie jest władna ich zmieniać.

[b]Teoria, jakoby nic nie dało się zrobić, gdy mleko już się rozlało, większości osób wyda się przerażająco deterministyczna.[/b]

Cóż, jeśli kogoś pesymizmem napawa fakt, że po jesieni następuje zima...Zresztą deflacja też ma wiele pozytywnych aspektów. Ci, którzy inwestują odpowiednio do tych warunków, mogą się wzbogacić. Gdy ten okres się kończy, można też kupić akcje, a przede wszystkim nieruchomości, w bardzo atrakcyjnych cenach. Sądzę więc, że równie dobrze można powiedzieć: „Wydaje się bardzo optymistyczne, że nic się obecnie z kryzysem nie da zrobić, ponieważ dzięki temu możemy mieć wysoki stopień pewności co do naszej strategii inwestycyjnej”. To prawda, że depresje w gospodarce są dla wielu osób trudne. Lecz takie okresy zawsze stanowiły element ludzkiego życia i tak będzie dalej. Chyba ostatecznie musi w nich być coś dobrego, skoro stanowią część naszego doświadczenia.

[b]Dziękuję za rozmowę.[/b]

[ramka][b]Robert Prechter[/b]

Urodził się w 1949 r. Studiował psychologię na uniwersytecie Yale, którą ukończył w 1971 r. Zainteresowanie tą dziedziną jest wyraźnie widoczne w jego analizach rynkowych, odwołujących się często do pojęć z dziedziny finansów behawioralnych.

Karierę analityka technicznego rozpoczął w 1975 r. w banku Merrill Lynch. Od 1976 r. Prechter publikuje biuletyn „Elliott Wave Theorist”, poświęcony analizie rynków finansowych z wykorzystaniem teorii fal Elliotta. Od 1979 r., gdy opuścił szeregi Merrill Lynch, publikacja ta dostępna jest tylko dla subskrybentów. W okresie szczytowej popularności w latach 80. docierała do około 20 tys. odbiorców.

W 1984 r. Prechter zwyciężył w konkursie inwestycyjnym US Trading Championship w kategorii opcji. Jego kariera nabrała wówczas rozmachu, a telewizja Financial News Network (dziś CNBC) przyznała mu tytuł „guru dekady”.

W latach 1990–1991 Prechter był prezesem Stowarzyszenia Analityków Technicznych.

Niemal od początku swojej kariery Prechter zajmuje się pisarstwem, co zaowocowało 13 książkami. Klasyczną już pozycją jest jego „Teoria Fal Elliotta”, opublikowana w 1978 r. W 2002 r. ukazał się bestseller „Pokonać krach: możesz prosperować w okresie deflacyjnej depresji”.

Prechter jest najbardziej znanym propagatorem i kontynuatorem teorii fal Elliotta, opracowanej w latach 30. przez Ralpha Nelsona Elliotta. Rozwija także własną teorię, w myśl której to fale społecznych nastrojów oddziałują na rynki i gospodarkę, a nie na odwrót.

Oprócz rzeszy zwolenników Prechter ma też licznych krytyków. Ostatnio wytykają mu, że nie przewidział gwałtownego wzrostu cen ropy naftowej w 2008 r. [/ramka]

[ramka][b]Teoria fal Elliotta – popularna i kontrowersyjna zarazem[/b]

Teorię fal, którą Robert Prechter spopularyzował w latach 80., stworzył już w końcu lat 30. Ralph Nelson Elliott. Przekonywał on, że przypływy optymizmu i pesymizmu inwestorów układają się w regularne cykle, na które składa się zawsze 8 fal.

Fale wzrostowe, które na wykresie oznaczono jako 1, 3 i 5, są przerywane przez korekty 2 i 4. Następnie trend wzrostowy się załamuje i powstają fale A, B i C. Analogicznie można opisać trend spadkowy, tyle że wówczas fale 1, 3, 5 i B są spadkowe, zaś 2, 4, A i C są zwyżkowe.

Zwolennicy teorii Elliotta twierdzą, że taki układ dotyczy trendów w różnych ramach czasowych – począwszy od „wielkiego supercyklu” obejmującego nawet pół wieku, a skończywszy na wykresach w układzie minutowym. Na każdą falę supercyklu składają się fale w krótszych ramach czasowych.

Szczególną rolę w teorii Elliotta pełnią tzw. zniesienia Fibonacciego. Zakłada się np. że w czasie hossy fala 2 nie powinna zabrać więcej niż 61,8 proc. fali 1, fala 3 powinna być o 61,8 proc. większa od fali 1, zaś fala 4 nie powinna zabrać więcej niż 38,2 proc. fali 3.

Teoria ta jest zagadnieniem kontrowersyjnym, nawet wśród analityków technicznych, i bywa określana jako „pseudonaukowa” (jedną z książek Elliott zatytułował: „Prawa natury – tajemnica Wszechświata”). Główny zarzut jest taki, że z góry trudno jest określić, kiedy dany ruch cen należy zaliczyć do określonej fali. O wiele łatwiej jest to uczynić dopiero po fakcie.

Przykładowo: z dzisiejszej perspektywy widać, że ostatnią bessę na wykresie WIG-u faktycznie można podzielić na pięć fal: 1 (dołek w styczniu 2008), 2 (szczyt w lutym 2008), 3 (dołek w październiku 2008), 4 (szczyt w listopadzie 2008) i 5 (dołek w lutym br.). Tyle tylko, że równie dobrze 5 fal narysować można było już w połowie 2008 r. (druga sięgnęła szczytu w październiku 2007, a piąta w lipcu 2008). Mogło się wówczas wydawać, że bessa dobiegła końca.[/ramka]

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA