Nawigacja

Z Andrzejem Wojtyną, członkiem Rady Polityki Pieniężnej, rozmawia Łukasz Wilkowicz

Jakie czynniki, w Pana opinii, będą w najbliższym czasie najważniejsze przy podejmowaniu decyzji w polityce pieniężnej?

Dużą wagę przywiązuję do ryzyka pojawienia się efektów drugiej rundy oraz do kształtowania się oczekiwań inflacyjnych. Chodzi o to, czy będziemy mieli do czynienia z utrwaleniem się oczekiwań na obecnym - podwyższonym - poziomie, a równocześnie o to, co będzie się działo z płacami.

O tzw. efektach drugiej rundy - czyli podwyżkach płac wywołanych wzrostem inflacji - w swoich komunikatach mówi od dłuższego czasu RPP. Ale jako o czynniku ryzyka, a nie o tym, że one się pojawiają. Czy Pana zdaniem, widać jakieś symptomy tych efektów?

Efekt drugiej rundy to obecnie głównie, i na szczęście, problem potencjalny. Oczywiście, może się on zmaterializować. Wskaźniki koniunktury, badania wśród przedsiębiorców - również prowadzone przez NBP - wskazują, że rośnie odsetek firm uznających za realną groźbę, iż roszczenia pracowników przełożą się na decyzje o podwyżkach.

Płace już szybko rosną.

Tak, wyraźnie szybciej niż wydajność. To wpływa na wzrost jednostkowych kosztów pracy i na dalszą metę zagraża konkurencyjności krajowych przedsiębiorstw. Mamy więc do czynienia z pewnym rzeczywistym procesem, a nie czynnikiem ryzyka.

Nie uważam jednak, by na naszym rynku pracownicy mieli dużą siłę w negocjacjach z pracodawcami. Jesteśmy przyzwyczajeni do myślenia, że związki zawodowe mają bardzo duże znaczenie w rozmowach płacowych, a już od dawna tak nie jest, przynajmniej w sektorze prywatnym.

Czy wobec tego obawy, że płace przyczynią się do wzrostu inflacji, są uzasadnione?

Trzeba brać pod uwagę kwestię oczekiwań. Gdyby przyśpieszenie wzrostu płac nie wiązało się z jednoczesnym wystąpieniem szoków podażowych - podwyżek cen żywności i paliw - to być może nie byłoby powodu do zmartwienia. Jednak następuje przyśpieszenie inflacji. Dość wyraźnie przekracza ona cel RPP. A w dodatku istotne staje się rozróżnienie między inflacją jako zjawiskiem makroekonomicznym a "inflacją postrzeganą". U nas udział żywności w koszyku inflacyjnym jest większy niż w krajach rozwiniętych, więc postrzegana inflacja jest u nas wyższa. W takiej sytuacji rośnie ryzyko, że żądania płacowe będą narastać. Ze względu na to, że ten rok w rolnictwie nie będzie najlepszy, postrzegana inflacja nie będzie się zmniejszać.

Ale pamiętajmy też, że w poprzednich latach relacja między wydajnością pracy a wzrostem wynagrodzeń była bardzo korzystna. Można więc powiedzieć, że na obecne podwyżki płac pracownicy "zasłużyli" sobie już kilka lat temu i podwyżki te nie muszą przekładać się na wzrost inflacji.

Wzrost inflacji jest w dużej mierze skutkiem podwyżek cen kontrolowanych. Czy według Pana bank centralny może przeciwdziałać przyśpieszeniu inflacji spowodowanemu przez takie czynniki, jak decyzje regulatorów?

Jeśli istnieje ryzyko, że postrzegana inflacja zacznie się utrwalać w postaci wyższych oczekiwań, nie ma moim zdaniem znaczenia, czy inflacja rośnie z powodów, na które bank centralny ma bezpośredni wpływ, czy też nie. Uważam, że z punktu widzenia polityki informacyjnej banku centralnego, szczególnie w obecnej sytuacji, niewłaściwe jest kategoryczne rozróżnianie między wzrostem cen jako efektem działania czynników popytowych (na co bank ma wpływ) i podażowym (na który bank wpływu nie ma). Wszystkie szoki, które się pojawiają, przekładają się na oczekiwania inflacyjne i rzeczywistą inflację. Rola banku centralnego polega wówczas na tym, by działać tak, aby te okresowo rosnące oczekiwania się nie utrwaliły.

Czy z punktu widzenia RPP w tej chwili można mówić o oczekiwaniach jako o czynniku ryzyka?

Martwi mnie to, że zwiększyła się grupa, która mówi, iż spodziewa się, że inflacja będzie na podobnym poziomie jak obecnie - a to nie jest przecież poziom celu RPP. Oznacza to, że oczekiwania nie są zakotwiczone na naszym docelowym poziomie. Właśnie dlatego uważam, że nie można mówić, iż bank centralny niCo RPP może zrobić poza podnoszeniem stóp?

Trzeba działać na polu komunikacji - pokazywać, że zmienił się optymalny okres powrotu do celu inflacyjnego. Ze względu na szok paliwowy, żywnościowy, czas, w jakim inflacja powinna wrócić do poziomu 2,5 proc., jest teraz dłuższy niż w przeszłości. Oczywiście, moglibyśmy obniżyć inflację szybciej, bo mamy instrument - stopy procentowe. Ale nie wiadomo, czy nie kosztowałoby to za dużo. Trzeba też wyjaśniać różnicę między inflacją a zmianami w strukturze cen.

Wśród ekonomistów, również członków RPP, pewne zaniepokojenie wywołało ostatnie umocnienie złotego.

Dla nas kluczowe jest to, czy równocześnie z aprecjacją kursu nominalnego mamy do czynienia z aprecjacją tzw. kursu równowagi. Jeśli rośnie i jeden, i drugi - nie ma zagrożenia dla eksportu. Przecież jeszcze niedawno, gdy złoty pokonywał poziomy 3,80, czy 3,70 do euro, mogło się wydawać, że kurs jest tak wysoki, iż eksport musi paść. Nic takiego się nie stało. Jeśli spojrzeć na to z dalszej perspektywy, to we wszystkich krajach, w których miał miejsce cud gospodarczy, np. w Niemczech czy w Japonii, dokonywał się on przy aprecjacji kursu. Z tego względu nie jestem specjalnie przestraszony ostatnim umocnieniem naszej waluty.

Kurs ma znaczenie z punktu widzenia polityki pieniężnej.

Staram się traktować kurs jako czynnik neutralny przy decyzjach o stopach procentowych. Oczywiście, biorąc pod uwagę bieżące informacje, jest to element, który przemawia za utrzymaniem stóp na niezmienionym poziomie nieco dłużej. Ale dla mnie ten element nie ma kluczowego znaczenia.

A czy bessa trwająca na giełdzie ma jakieś konsekwencje dla polityki pieniężnej? Czy sytuacja na rynku akcji jest w ogóle brana pod uwagę przez RPP przy podejmowaniu decyzji o stopach?

Nie jest to oczywiście powód do zadowolenia. Można natomiast przyjąć, że jest to czynnik antyinflacyjny. Problem w tym, że takie skokowe wahania, których świadkami jesteśmy w ostatnim czasie, prowadzą do zwiększenia niepewności. W efekcie może ucierpieć działalność inwestycyjna. Pamiętajmy, że inwestycje są tą częścią popytu w gospodarce, która cechuje się sporą zmiennością. Przy splocie niekorzystnych sygnałów, nawet tylko krótkookresowych, aktywność inwestycyjna może się zmniejszyć.

A jeśli chodzi o rynek mieszkaniowy?

Można dyskutować, czy tempo wzrostu kredytów mieszkaniowych było symptomem przegrzania koniunktury, czy raczej konsekwencją "efektu doganiania"- startowaliśmy przecież z niskiego poziomu. Do tego doszła zmiana struktury popytu na nieruchomości - najpierw były to przede wszystkim mieszkania. Później sytuacja zmieniła się na korzyść budowy własnych domów. Potem działki podrożały i zaczęła się korekta - tak działają mechanizmy rynkowe. Z pewnością jednak u nas nie było tak dużej nierównowagi na rynku nieruchomości jak w Hiszpanii czy Irlandii, nie mówiąc już o Stanach Zjednoczonych.

Jaki wpływ na naszą gospodarkę mają Pana zdaniem kryzys w USA i spowolnienie na świecie?

Biorąc pod uwagę to, co dzieje się w gospodarce światowej, upierałbym się, że nasze tempo wzrostu gospodarczego jest wciąż dość wysokie. A jednocześnie jest to wzrost nieźle zrównoważony - między spożyciem indywidualnym a inwestycjami, a także między eksportem a importem.

Oczekiwane jest spowolnienie wzrostu gospodarczego.

Jeśli wzrost nie spadnie poniżej 4 proc., będziemy mieli do czynienia z miękkim lądowaniem, które - myślę - nieźle zrobi gospodarce. Zarówno w firmach, jak i wśród konsumentów pojawi się refleksja, np. co do tempa zaciągania kredytów, strategii inwestycyjnych. Być może ryzyko przegrzania koniunktury było dość duże i byłoby dobrze, by pewne procesy powróciły do równowagi.

W komunikacie po ostatnim posiedzeniu RPP nie znalazło się zdanie systematycznie powtarzane w poprzednich miesiącach: "W ocenie rady, w średnim okresie prawdopodobieństwo ukształtowania się inflacji powyżej celu inflacyjnego jest nadal wyższe niż prawStanowiło dla rynku wskazówkę, że rada nie zakończyła cyklu podwyżek stóp. Czy rezygnacja z tego zdania była celowa?

Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie. Chodziło o to, by w jakiś sposób obronić się przed wychwyceniem przez rynki elementów komunikatu mogących wskazywać, że nie jest to koniec podwyżek. A jednocześnie nie chcieliśmy składać deklaracji, że to już koniec podwyżek.

Czy jest możliwe, że to zdanie wróci do komunikatu?

To sprawa do dyskusji. Nie wykluczam, że tak będzie. To zdanie to swego rodzaju substytut instrumentu, jaki stosowaliśmy dawniej i zrezygnowaliśmy z niego - nastawienia w polityce pieniężnej. Koszty przywrócenia nastawienia byłyby dużo większe niż powrotu do takiego zdania w komunikacie. Nie sądzę więc, by to była zmiana nieodwracalna.

Dziękuję za rozmowę.

Co drugi Polak spodziewa się, że inflacja nie spadnie

Połowa osób biorących udział w ankietach na zlecenie NBP spodziewa się, że w najbliższych 12 miesiącach ceny będą rosły w tempie zbliżonym do obecnego. Od pół roku inflacja nie spada poniżej 4 proc. Od 2006 r. (wówczas inflacja wynosiła ok. 1 proc.) zwiększa się odsetek osób przewidujących, że wzrost cen będzie przyspieszał. Udział odpowiadających, że inflacja będzie malała, wynosi kilkanaście procent.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.