Ludzie rynku

Przyszłe kryzysy nie będą tak dramatyczne, jak ten z 2008 r.

WYWIAD | WILSON ERVIN

z byłym dyrektorem ds. ryzyka w Credit Suisse, a obecnie doradcą zarządu tego banku, rozmawia Grzegorz Siemionczyk
Foto: Bloomberg

Po kryzysie finansowym sprzed dekady rozpoczęła się gruntowna przebudowa systemu regulacji finansowych. Orędownicy tych zmian twierdzili, że dzięki nim tak poważny kryzys już się nie powtórzy. Da się już ocenić, w jakim stopniu spełniły one te oczekiwania?

Nie wyeliminowaliśmy ryzyka kryzysów finansowych. Kryzysy finansowe są z nami od stuleci, występowały nawet w starożytności. Naiwnością byłoby sądzić, że to już historia. Ale zarazem nie mam wątpliwości, że dokonaliśmy ogromnego postępu w dziedzinie stabilności finansowej. Szczególnie sektor bankowy – rdzeń systemu finansowego – jest dziś bardziej stabilny i odporny niż przed dekadą. Nowy porządek regulacyjny jest też bardziej uczciwy. Za ewentualne błędy banków zapłacą ich właściciele i pracownicy, a nie reszta społeczeństwa. Gdyby dziś doszło do takiego wstrząsu w sektorze bankowym jak w 2008 r., nie miałoby to tak dramatycznych konsekwencji gospodarczych i finansowych jak wtedy. Duże banki nie potrzebowałyby też znaczącego wsparcia z publicznej kasy.

Skoro przebudowa systemu regulacji finansowych nie może wyeliminować kryzysów, tylko co najwyżej ograniczyć ich częstotliwość i skalę, to nasuwa się pytanie, czy koszty tej przebudowy są uzasadnione?

Sektor finansowy zawsze będzie się skarżył na koszty regulacji, ale niekiedy warto je ponieść. W mojej ocenie korzyści z większości nowych regulacji przewyższają koszty ich przestrzegania. To nie oznacza, że nie musimy pracować nad poprawą tego bilansu. Niektóre z nowych przepisów rzeczywiście są dużym ciężarem dla sektora finansowego, a niewiele wnoszą. W USA z tego właśnie powodu mocno krytykowana jest tzw. reguła Volckera (ogranicza bankom możliwości handlu na rynkach finansowych na własny rachunek – red.), bo dużym kosztem próbuje rozwiązać rzekomy problem. W przypadku kluczowych reform bilans korzyści i kosztów jest jednoznacznie pozytywny. Wymieniłbym tu wzrost buforów kapitałowych banków, poprawę ich płynności, zmianę systemu wynagradzania zarządów i – w szczególności – stworzenie regulacji dla banków „zbyt wielkich, by upaść".

Rozwiązanie problemu, jakim było istnienie banków „zbyt wielkich, by upaść", to największe osiągnięcie regulatorów?

Tak uważam, i nie tylko dlatego, że byłem w to osobiście zaangażowany. Wiele osób powie, że dobry system regulacji finansowych to taki, który zapobiega kryzysom. Ale to jest według mnie cel nieosiągalny. Dlatego kluczowa była taka rekonstrukcja sektora finansowego, aby mógł uporać się z szokami. W 2008 r. niektóre spośród największych instytucji finansowych świata były zagrożone bankructwem, a przypadek Lehman Brothers pokazał, że każda taka upadłość mogła mieć katastrofalne konsekwencje. Napięcia, które na rynkach finansowych było widać już w 2007 r., przerodziły się w efekcie w głęboki kryzys.

Dziesiąta rocznica upadku Lehmana była okazją, aby podsumować, co się od tego czasu w sektorze finansowym zmieniło. Wielu komentatorów podkreślało z goryczą, że największe banki stały się jeszcze większe. Jak rozumiem, pana to nie martwi, bo dziś nawet największemu bankowi można pozwolić zbankrutować?

Takie opinie pokazują, że nie tylko szeroka opinia publiczna, ale także niektórzy eksperci nie zdają sobie sprawy z postępu, jaki dokonał się po kryzysie. Jeśli chodzi o aktywa, to niektóre spośród największych banków urosły częściowo dlatego, że przejęcia słabych instytucji przez silne były jednym z nielicznych narzędzi walki z ostatnim kryzysem. W 2008 r. i później takich fuzji było sporo. Ale koncentrowanie się na wielkości aktywów to duże uproszczenie problemu banków „zbyt wielkich, by upaść". W przeszłości kłopoty relatywnie małych instytucji stawały się zarzewiem poważnych kryzysów. Tak było choćby w latach 30. XX w., gdy upadek wielu małych instytucji sparaliżował cały system bankowy USA. Wtedy powołana została Federalna Korporacja Ubezpieczeń Depozytów (FDIC), dzięki której małe banki można zamykać w razie kłopotów, nie wywołując turbulencji. Nikt jednak nie myślał, jak ten system sprawdzi się w przypadku dużych, współczesnych instytucji. Dlatego w 2008 r. jedynym rozwiązaniem było ratowanie chorych banków przed upadkiem przez sektor publiczny. Ta luka została zamknięta. Mamy system, który pozwala zlikwidować nawet największy bank, nie wywołując efektu domina. Jednym z elementów tego systemu są obligacje, które w razie potrzeby zamieniane są na akcje, na kapitał. Banki zebrały z emisji takich instrumentów około 1,5 bln USD. To jest potężna ilość prochu! Banki mają też strategie uporządkowanej likwidacji. Jest to ogromna pomoc, zważywszy na to, że w 2008 r. nie istniały żadne poważne plany awaryjne.

Tak to wygląda na papierze. Skąd pewność, że to zadziała w praktyce?

W ostatnich latach żaden z wielkich banków nie stanął na krawędzi bankructwa. Rozumiem więc sceptycyzm części komentatorów, czy w praktyce mechanizmy restrukturyzacji i uporządkowanej likwidacji zadziałają zgodnie z oczekiwaniami. Ale uporządkowana likwidacja banków to nie jest astrofizyka, tylko przeniesienie na grunt finansów czegoś, co dobrze działa od dawna w innych sektorach gospodarki. Jestem przekonany, że będziemy sobie w stanie poradzić z ewentualnymi kłopotami nawet największych instytucji finansowych znacznie lepiej niż dekadę temu.

Część recenzentów nowych ram regulacyjnych uważa, że są one zbyt skomplikowane, a jednocześnie nie wykorzystują w dostatecznym stopniu prostych instrumentów. Chodzi np. o dopuszczalną dźwignię finansową, czyli stosunek kapitału do nominalnej wartości wszystkich aktywów – bez stosowania żadnych wag uzależnionych od ich profilu ryzyka. Patrząc z tej perspektywy, banki wciąż mają bardzo mało kapitału. Wymaga się od nich buforu na poziomie zaledwie 3 proc. sumy aktywów. To wystarczy?

Nie jestem fanem stosowania tego prostego wskaźnika wypłacalności. Oczywiście, że należy stosować najprostsze możliwe instrumenty regulacyjne, ale nie zbyt proste. Ograniczanie dźwigni finansowej to jest właśnie zbyt proste spojrzenie na problemy zarządzania ryzykiem. Ryzyko związane z depozytem złożonym w Europejskim Banku Centralnym jest nieporównywalne z ryzykiem związanym z inwestycją w nową nieruchomość komercyjną. Inteligentna ocena stabilności banków wymaga różnicowania aktywów pod względem profilu ryzyka. Gdybyśmy tego nie robili i wszystkie aktywa traktowali jednakowo, stanowiłoby to dla banków zachętę, aby pozbyć się aktywów bezpiecznych i zwykle mniej rentownych. Są takie obszary regulacji, które należy uprościć, ale ten akurat nie.

A czy sądzi pan, że wagi określające, ile kapitału wymagają poszczególne aktywa, są właściwie ustalone? Adair Turner, były szef brytyjskiego nadzoru finansowego, postuluje, aby radykalnie zwiększyć zabezpieczenia kapitałowe kredytów na nieruchomości w stosunku do zabezpieczeń kredytów inwestycyjnych. Jego zdaniem obecnie banki zbyt chętnie udzielają kredytów na mieszkania, co przy ograniczonej podaży gruntów skutkuje powracającymi bańkami na rynkach nieruchomości.

Moim zdaniem wagi ryzyka są dziś w większości na rozsądnym poziomie. Trzeba mieć świadomość, że one nigdy nie będą idealne – za jakiś czas z pewnością dowiemy się, że jakieś aktywa w jakimś kraju były przewartościowane, a inne niedowartościowane. Osobną sprawą jest to, ile kapitału banki muszą trzymać jako zabezpieczenie aktywów. Istotnym problemem w trakcie kryzysu było to, że nie doszacowaliśmy ogólnego poziomu ryzyka, a w efekcie niektóre banki nie miały dość kapitału. Ale w ciągu ostatniej dekady minimalna wielkość buforów kapitałowych w niektórych krajach została zwiększona 10-krotnie, a faktyczna ilość kapitału się podwoiła. Do tego mamy wspomniane obligacje zamienne na akcje, które w razie czego zwiększą kapitał o 1,5 bln USD. Według najlepszych znanych mi szacunków w końcu osiągnęliśmy w zakresie adekwatności kapitałowej banków równowagę.

Czy widzi pan jakieś skutki uboczne regulacji wprowadzonych po kryzysie?

Jak powiedziałem, bilans korzyści i kosztów tych regulacji jest dodatni, ale faktem jest, że rygorystyczne regulacje mogą mieć niepożądane konsekwencje. Przede wszystkim zarządzanie bankami stało się bardziej kosztowne, a ich rentowność zmalała. Do tego jesteśmy świadkami głębokich zmian technologicznych, które wpływają na tradycyjną działalność bankową. Chodzi mi o pojawienie się tzw. fintechów. Oba zjawiska łącznie sprawiają, że szybko rozwija się pozabankowy sektor usług finansowych, który w dużej mierze jest poza polem widzenia nadzoru. To jest zjawisko, które regulatorzy muszą bacznie obserwować. Nie wolno zapominać, że w 2008 r. kryzys finansowy był wywołany w dużej mierze właśnie przez niebankowe instytucje finansowe.

Mógłby pan podać jakieś przykłady rozwoju tzw. szarej strefy bankowej?

W USA największymi kredytodawcami nie są już banki, tylko firmy internetowe. Prężnie rozwija się działalność pożyczkowa peer-to-peer (bez pośrednictwa instytucji finansowych – red.). Nie powiedziałbym, że już dziś skala tego zjawiska jest niepokojąca, ale zmiany zachodzą szybko i wymagają obserwacji. Wracając do poprzedniego pytania, skutkiem ubocznym regulacji jest także to, że najbardziej bezpieczne rodzaje działalności dla wielu banków stały się nieopłacalne. To może zmniejszyć dywersyfikację aktywów części banków i w efekcie zredukować ich odporność na wstrząsy. Poza tym pokryzysowe zmiany przepisów zdają się prowadzić do swego rodzaju bałkanizacji sektora bankowego.

Co ma pan na myśli?

Credit Suisse przetrwał kryzys finansowy sprzed dekady w dobrej formie m.in. dlatego, że był bankiem zdywersyfikowanym i globalnym, mogliśmy więc przesuwać zasoby z silnych obszarów tam, gdzie były potrzebne, aby radzić sobie z napięciami. Teraz takie elastyczne zarządzanie jest trudniejsze, bo od banków wymaga się, aby spełniały surowe wymogi kapitałowe nie tylko na poziomie grupy, ale też na poszczególnych rynkach, a niekiedy nawet w odniesieniu do konkretnych produktów. To sprawia, że banki stają się bardziej wrażliwe, a nie tego oczekujemy przecież od inteligentnego systemu regulacji. Ta bałkanizacja jest też poważnym problemem dla EBC, bo ogranicza możliwości wsparcia ożywienia gospodarczego w niektórych krajach za pomocą polityki pieniężnej.

Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Rozrachunków Międzynarodowych regularnie ostrzegają, że ultrałagodna polityka pieniężna, która była odpowiedzią banków centralnych na kryzys, ale do dziś nie została mocno zmieniona, skłania instytucje finansowe do podejmowania nadmiernego ryzyka i w efekcie może stać się źródłem kolejnego kryzysu. Podziela pan te obawy?

Radykalne poluzowanie polityki pieniężnej w reakcji na kryzys było konieczne i rozsądne. Jest to jednak eksperyment: nigdy nie mieliśmy do czynienia z tak długim okresem tak niskich stóp procentowych. Jest dla mnie jasne, że prowadzi to do inflacji niektórych aktywów. Wydaje mi się jednak, że konsekwencje tego zjawiska widać bardziej poza sektorem bankowym. W przypadku banków regulacje mocno ograniczają możliwości podejmowania ryzyka. Zresztą, większość członków zarządów banków pamięta wciąż dobrze kryzys sprzed dekady, co wpływa na ich postępowanie.

Wilson Ervin będzie gościem specjalnym konferencji „Lehman Brothers collapse – 10 year on", która odbędzie się 17 października w Warszawie. Jej organizatorami są Credit Suisse, PRMIA i CFA Society Poland. „Parkiet" objął patronat medialny nad tym wydarzeniem.

CV

Wilson Ervin jest wiceprzewodniczącym w biurze wykonawczym zarządu grupy Credit Suisse. Wcześniej, także w trakcie kryzysu finansowego, był dyrektorem ds. ryzyka i członkiem zarządu banku. Z Credit Suisse związany jest od 1982 r. Jest absolwentem ekonomii na Uniwersytecie Princeton.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły