Inwestycje

Krzysztof Stupnicki. Kiedy i skąd przyjdzie kolejny globalny kryzys?

#PROSTOZPARKIETU. Krzysztof Stupnicki: nie obawiam się krachu na polskiej walucie czy rynku kapitałowym

Gościem Andrzeja Steca w Parkiet TV był Krzysztof Stupnicki, były wieloletni dyrektor ds. inwestycji Metlife (dawniej amerykańska grupa AIG).

Foto: Lamus Antykwariaty Warszawskie

Jest pan jedną z niewielu osób w Polsce, które mają tak szeroką wiedzę o kryzysie sprzed 10 lat. Mamy 15 września 2008 r. Co się właściwie wtedy stało?

Krzysztof Stupnicki: Po pierwsze, Lehman Brothers ogłosił niewypłacalność. Po drugie, wielka firma ubezpieczeniowa AIG wystąpiła do Fedu o pomoc finansową, żeby uniknąć niewypłacalności. Do tego Merrill Lynch, znany broker inwestycyjny, został przejęty przez Bank of America, żeby uniknąć losu Lehman Brothers. Te instytucje były powiązane z bankami w Europie.

Jakie znaczenie miał upadek Lehman Brothers dla rynku finansowego?

Było to ogromne zaskoczenie. Od kryzysu lat 30. przez 80 lat nie upadł żaden systemowo istotny bank w USA. Było widać, że Lehman Brothers ma problemy, ale wszyscy wierzyli, że zostanie uratowany. Podobnie jak Bear Sterns sześć miesięcy wcześniej. A tu niespodzianka.

Jaki był bezpośredni powód kłopotów Lehman Brothers?

To efekt błędnych decyzji inwestycyjnych tej organizacji podejmowanych przez kilka lat. Był to agresywnie działający bank inwestycyjny, który miał dużą ekspozycję na instrumenty pochodne powiązane z kredytami hipotecznymi. I ją istotnie zwiększył pod koniec cyklu koniunkturalnego. Bank ten był bardzo zadłużony: aktywa były 30 razy większe niż kapitały własne. Gdy zaczął tracić na tych instrumentach, banki zaczęły ograniczać współpracę i w końcu utracił płynność.

Grupa AIG, w której przez lata pan pracował, też mocno ucierpiała na tym kryzysie. Jak pan to wspomina?

AIG to była ogromna firma ubezpieczeniowa. Jako jedna z ośmiu firm na świecie miała w 2006 r. najwyższy rating inwestycyjny AAA, taki jak USA, Japonia czy Niemcy. Przed kryzysem miała kapitalizację rynkową większą niż wszystkie europejskie firmy ubezpieczeniowe, jak Allianz, AXA czy Generali. To był konglomerat firm ubezpieczeniowych na życie, majątkowych, jedna ze spółek sprzedawała też ubezpieczenia od ryzyk finansowych, opcji i instrumentów pochodnych, w tym słynne CDS, credit default swaps. Większość organizacji była konserwatywnie zarządzana przez dynamiczną grupę doświadczonych menedżerów, ale była też część, która podjęła ryzyko większe, niż powinna.

Na czym polegała wyjątkowość tej grupy?

Na pewno jej wielkość, która wynikała z historii. Ta firma była założona w latach 20. w Szanghaju. Przez 60 lat miała dwóch niezwykle charyzmatycznych szefów. Drugi z nich M. Greenberg odszedł w 2005 r. po 40 latach. Grupę AIG tworzyło w pewnym momencie aż 400 firm. Firm ubezpieczeniowych dynamicznie rozwijających się na zdrowych zasadach, takich jak ALICO (właściciel polskich operacji AIG, czyli TUnZ Amplico, Amplico PTE, Amplico TFI) czy AIA oraz AIG Financial Products, firmy operującej na rynku instrumentów pochodnych. Nowy prezes, który przejął stery w 2005 r., chyba nie do końca rozumiał bilans tej firmy.

Miał pan osobiste przeżycia związane z kryzysem?

W poniedziałek 15 września miałem telekonferencję z szefami w Nowym Jorku, aby uzyskać ostateczną akceptację produktu ubezpieczeniowego z gwarancją kapitału, który miał być sprzedawany w jednym z krajów Europy Centralnej. Zbliżała się kolej mojej prezentacji, gdy nagle usłyszałem, że jeden z kluczowych decydentów wyszedł z pokoju, później drugi. Nigdy wcześniej nic takiego się nie wydarzyło. Zrozumiałem, że wewnątrz firmy dzieje się coś niezwykłego, coś, o czym serwisy Bloomberg i Reuters jeszcze nie piszą.

Ostatecznie nasz pomysł wylądował w koszu i zaczęło się zarządzanie kryzysowe. Jeśli miało się w nazwie AIG, to wszyscy zaczęli się obawiać transakcji z tą firmą. Nawet jeśli była to działająca w Polsce TUnŻ Amplico SA, bardzo dochodowa i konserwatywnie zarządzana firma, nieinwestująca w Stanach Zjednoczonych. Ale udało się zrobić trochę transakcji, które przesądziły o wysokiej dochodowości Amplico w następnych latach.

Co było dalej z AIG w USA?

Firma otrzymała 85 mld USA finansowania z Fedu na warunkach bardzo korzystnych dla podatników amerykańskich i bardzo niekorzystnych dla jej akcjonariuszy. Środki te poszły na zabezpieczenie transakcji na instrumentach pochodnych z wieloma bankami – najwięcej otrzymał Deutsche Bank. Aby zwrócić te środki, AIG sprzedała najbardziej dochodowe swoje operacje ubezpieczeniowe, w tym ALICO (za 16 mld USD kupił ją Metlife). Podatnik amerykański zarobił na tej „pomocy" 23 mld USD! Firma jest obecnie dwa–cztery razy mniejsza pod względem liczby pracowników czy kapitalizacji.

Jak pan ocenia walkę ze skutkami kryzysu?

Podjęte działania poszły w pięciu kierunkach. Banki centralne zaczęły pompować gotówkę do systemu finansowego, stosując politykę ultraniskich stóp procentowych i luzowania ilościowego. Ratowanie banków w krajach PIGS (Portugalia, Irlandia, Grecja, Hiszpania) spowodowało kryzys zadłużenia państw w południowej Europie. Reformy nadzoru nad systemem bankowym w strefie euro przyspieszą reagowanie na podobny kryzys w przyszłości. Nowe regulacje dotyczące rynku kapitałowego, niwelując efekt domina, jaki nastąpił w przypadku Lehman Brothers, mają zapobiec podobnemu kryzysowi. Pojawiły się nowe regulacje bankowości detalicznej, żeby ograniczyć misselling. Np. sprzedawanie kredytów hipotecznych ludziom, których nie stać na kredyt. Po kilku latach gospodarki USA i Europy zaczęły się rozwijać, bezrobocie zaczęło spadać – reakcja banków centralnych była na pewno lepsza niż w latach 30.

Czy kryzys już się skończył?

Patrząc na gospodarkę, która rośnie w USA, w Azji, w Europie i części rynków wschodzących, można powiedzieć, że kryzys się skończył.

Jeżeli jednak zdrowy pacjent to taki, który skończył leczenie, to nie – kryzys wciąż trwa. Tylko w USA mamy już znormalizowane stopy procentowe. W Europie i Japonii mamy nadal pacjenta na sterydach – polityka ujemnych stóp procentowych i zakupów obligacji rządowych przez banki centralne jest kontynuowana.

Kiedy i skąd przyjdzie następny kryzys?

Ponad 77 proc. bankierów w Polsce spodziewa się kryzysu w ciągu najbliższych pięciu lat. To jest realistyczna ocena sytuacji. W USA różne dane makroekonomiczne są takie same jak w 2005 r., trzy lata przed kryzysem. Z drugiej strony, jak patrzę na to, co się dzieje w Turcji, Argentynie, RPA i co za chwilę wydarzy się w Pakistanie, to zastanawiam się, czy nie jesteśmy już na początku tego, co się wydarzyło w 1994 czy 1998 r. Wtedy globalne kryzysy zaczynały się na rynkach wschodzących. Wojna handlowa USA i Chin też rynkom wschodzącym nie służy.

Co z Polską?

Wszystko zależy od skali kryzysu i reakcji różnych rządów i banków na kryzys rynków wschodzących, który się zaczyna. Polski system finansowy jest bardzo stabilny. Ryzyka kryzysu bankowego, tak jak w Islandii czy Irlandii, nie widzę. Kryzys pewnie przyjdzie z zewnątrz. Będzie widoczny w konsumpcji czy eksporcie, ale nie obawiam się krachu na polskiej walucie, rynku kapitałowym czy w systemie bankowym. not. Balag


Wideo komentarz