REKLAMA
REKLAMA

Inwestycje

Co powinieneś wiedzieć o equity crowdfundingu?

We wtorek rano na platformie Beesfund ruszyła akcja zbiórki pieniędzy dla Wisły Kraków i zrobiło się głośno o equity crowdfundingu. Wyjaśniamy więc krótko, na czym polega ta metoda finansowania.
Foto: Fotolia

Ujmując sprawę najprościej, crowdfunding udziałowy to publiczna emisja akcji kierowana głównie do inwestorów indywidualnych, nie wymaga prospektu emisyjnego ani memorandum inwestycyjnego, co wynika z ogólnoeuropejskiej regulacji. Brak wymogów informacyjnych pociąga za sobą ograniczenie wielkości środków, które można pozyskać w ramach takiej akcji – jest to maksymalnie 1 mln euro.

W praktyce wygląda to mniej więcej tak, że zazwyczaj niewielka firma (startup), która szuka kapitału na rozwój, zwraca się do dedykowanej platformy (jak np. Beesfund) z chęcią przeprowadzenia emisji. Władze platformy oceniają potencjał projektu i na tej podstawie decydują, czy akcje zostaną zaoferowane inwestorom. Jeśli tak, to platforma wchodzi w rolę organizatora emisji i kojarzy emitenta z inwestorami. Za wpłacone środki ci ostatni dostają akcje i przysługujące im z tego tytułu prawa, jak prawo do dywidendy i głosu na walnym zgromadzeniu. Zaznaczmy tutaj od razu, że akcje te nie trafiają do publicznego obrotu, czyli nie są notowane na takim rynku jak GPW czy NewConnect.

Jak widać proces pozyskiwania środków jest zbliżony do tego giełdowego. Sami organizatorzy tego typu zbiórek mówią, że equity crowdfunding to swego rodzaju preIPO. Firma pozyskuje kapitał, społeczność inwestorów, przekształca się w formę akcyjną lub komandytowo-akcyjną, a więc podejmuje pierwsze kroki przygotowujące do wejścia na rynek publiczny. Do tego ostatniego droga jednak daleka, bo mówimy raczej o niewielkich spółkach na wczesnym etapie rozwoju.

Zaletą tego rozwiązania jest niewątpliwie prostota i relatywna szybkość, zarówno po stronie emitenta, jak i inwestora. Ten pierwszy nie musi przygotowywać opasłych dokumentów informacyjnych (prospekt lub memorandum), a drugi musi tylko zarejestrować się na platformie i może kupować akcje, jak towar w e-sklepie. Jeśli więc ktoś wierzy w jakiś raczkujący biznes, to może bez problemu zaangażować w niego swój kapitał. Trzeba jednak pamiętać o kilku ważnych czynnikach ryzyka, które towarzyszą tego typu inwestycji.

Po pierwsze – brak wymogów informacyjnych sprawia, że inwestor może nie być w stanie obiektywnie i należycie ocenić kondycji emitenta. Trzeba więc liczyć się z tym, że może to być zakup kota w worku. Zresztą sami właściciele platform podkreślają, że equity crowdfunding należy traktować jako inwestycje wysokiego ryzyka.

Po drugie – akcje nie są wprowadzane do obrotu publicznego, co sprawia, że trudno będzie je sprzedać. - Trzeba od razu podkreślić, że możliwości zbycia tych papierów zbyt dużo nie ma. Kupuje pan oczywiście prawdziwe akcje lub obligacje spółki i z tego tytułu zyskuje pan wszystkie prawa, które przysługują zgodnie z kodeksem handlowym. Mam pan więc prawo m. in. do dywidendy, a także do tego, by te akcje sprzedać. Takie drobne sprzedaże odbywają się między akcjonariuszami, ale ponieważ spółka nie jest publiczna, to nie można ich zbyć na giełdowym parkiecie. Inną możliwością jest sytuacja, gdy przychodzi duży inwestor, np. fundusz venture, i chce objąć większość udziałów. I ostatnia możliwość, na którą ja najbardziej liczę, to wejście spółki na rynek publiczny – mówił w Parkiet TV Arkadiusz Regiec, szef Beesfundu.

Po trzecie – skoro akcje nie są wprowadzone do publicznego obrotu, to nie będziemy znać ich rynkowej wartości. Nie będziemy więc wiedzieć ile tak naprawdę warte jest to, co nabyliśmy i jak bardzo różni się od ceny emisyjnej, ustalonej przez platformę.

Warto pamiętać o tych trzech ryzykach zanim zdecydujemy się na zakup akcji w ramach equity crowdfundingu. Determinują one bowiem to, że jest to inwestycja raczej na długi termin, z której może być ciężko wyjść, a jeśli już się uda, to niekoniecznie po satysfakcjonującej cenie.


Wideo komentarz

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA