REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Świat

Stany Zjednoczone są bankrutem

Rozmowa z Laurence’em Kotlikoffem, profesorem ekonomii na Uniwersytecie Bostońskim
Foto: Archiwum

[b]W kwietniu agencja ratingowa Standard & Poor’s zagroziła rządowi USA obniżką najwyższej obecnie oceny wiarygodności kredytowej. Według niej Waszyngton nie robi nic, aby ograniczyć deficyt budżetowy. Jak pan ocenia kondycję amerykańskich finansów publicznych?[/b]

Amerykańskie finanse publiczne są w fatalnym stanie. S&P wydała tylko ostrzeżenie, a powinna obciąć rating USA, i to od razu do poziomu DDD. Tak powinno się oceniać wiarygodność kredytową państwa, które ma bardzo niskie przychody podatkowe w stosunku do wydatków.

Waszyngton zbiera w podatkach nieco ponad 20 proc. PKB, znacznie mniej niż inne państwa wysoko rozwinięte. Co trzeciego wydawanego dolara amerykański rząd musi obecnie pożyczać.

[b]Czy nie przesadza pan jednak, mówiąc, że USA zasługują na rating DDD, co oznaczałoby, że są niewypłacalne?[/b]

Bo USA są niewypłacalne.

[b]To prawda, że na tle większości państw rozwiniętych mają dziś bardzo wysoki deficyt budżetowy. Ale dług publiczny jest wciąż dość niski. Według danych Kongresowego Biura Budżetowego (CBO) wyniesie on w tym roku 62 proc. PKB, a w 2020 r. sięgnie 86 proc. PKB.[/b]

Oficjalny dług USA w stosunku do PKB jest rzeczywiście relatywnie niski. Tyle że to nie oficjalny dług jest problemem, ale nieoficjalne, ukryte zobowiązania systemów emerytalnego i opieki zdrowotnej. W związku z tymi zobowiązaniami oficjalny dług będzie z czasem narastał w ekspresowym tempie. A skoro wiadomo to już dziś, to już dziś USA są bankrutem, a nie za 30 lat.

[b]Oficjalne dane są zupełnie bez znaczenia?[/b]

Tak, bo jest tylko kwestią definicji, co zalicza się do deficytu i długu publicznego, a co nie. Gdyby się zastosowało nieco inne słowa do określenia pewnych wydatków i przychodów, oficjalny dług mógłby być dowolnie wyższy lub niższy. Na przykład nasze federalne składki na ubezpieczenia społeczne kwalifikuje się jako podatki, a przecież można by je nazwać pożyczkami, bo zostaną zwrócone w postaci świadczeń. W ten sposób rząd angażuje się w kreatywną księgowość w stylu Enronu.

Tym, co się liczy, jest tzw. luka fiskalna, czyli dzisiejsza wartość wszystkich obecnych i przyszłych wpływów do budżetu i wydatków rządowych. W USA wynosi ona dziś 200 bln USD, czyli 1500 proc. PKB. [b]Z czego wynika ta luka?[/b]

Władze USA od sześciu dekad wznoszą piramidę finansową, która polega na tym, że coraz więcej pieniędzy bierze się od młodych, aby dać je starym, obiecując tym pierwszym, że kiedyś przyjdzie ich kolej w otrzymywaniu świadczeń. Ale doszło do tego – co było nieuniknione – że w wiek emerytalny zaczęło wchodzić pokolenie powojennego wyżu demograficznego. Gdy wszyscy ci ludzie zaczną pobierać świadczenia emerytalne i zdrowotne, będą one w dzisiejszych dolarach kosztowały około 4 bln rocznie (to blisko 1/3 PKB – red.). Wprawdzie gospodarka będzie rosła, ale nie w tempie, które sprawi, że to obciążenie stanie się nieistotne. Rząd będzie musiał albo drastycznie obciąć te świadczenia, albo nałożyć gigantyczne obciążenia podatkowe na młodych, którzy w efekcie stracą wszelką motywację do pracy, albo dodrukować pieniądze, aby pokryć swoje rachunki.

[b]W Europie finanse publiczne są w równie kiepskim stanie?[/b]

W Grecji, która przechodzi dziś kryzys fiskalny, luka fiskalna to około 1100 proc. PKB. W tym świetle Stany Zjednoczone są w gorszej sytuacji niż kraj uważany powszechnie za bankruta.

[b]Ale obliczenie takiej luki fiskalnej wymaga wielu założeń, prognoz dotyczących tempa wzrostu itd. Dlaczego rządy miałyby stosować akurat ten kłopotliwy wskaźnik zadłużenia zamiast tych rozpowszechnionych?[/b]

Nauka ekonomii wyklucza jakąkolwiek absolutną miarę deficytu budżetowego i długu, niezależną od konwencji językowych, tak jak fizyka wyklucza absolutną miarę czasu. Nazwy stosowane na to, co rząd pobiera od swoich obywateli, zmieniają poziom deficytu. Ale żaden zestaw nazw nie ma z perspektywy ekonomii więcej sensu niż inny. Luka fiskalna jest jedyną teoretyczną koncepcją niezależną od doboru terminologii.

[b]Inwestorów najwyraźniej jednak bardziej interesują oficjalne dane, skoro wciąż są gotowi kupować amerykańskie obligacje skarbowe.[/b]

Oficjalne dane są jak nowe szaty cesarza i z tego samego powodu co w baśni przykuwają uwagę. Niektórzy uznani inwestorzy czują pismo nosem i już wycofali się z rynku amerykańskich obligacji. Mam na myśli m.in. Billa Grossa z PIMCO. Większość traderów obligacji ignoruje jednak rzeczywistość ekonomiczną.

Ja nie mam wątpliwości, że na rynku tym powstała bańka spekulacyjna. Widzę dwie możliwości: albo Fed na drodze skupu obligacji za dodrukowane pieniądze doprowadzi do znaczącego wzrostu inflacji, która strawi realną wartość obligacji, albo sprzeda papiery, które zakumulował, co doprowadzi do ich przeceny.

[b]Czy Waszyngton dysponuje innym sposobem na ograniczenie luki fiskalnej niż rozbuchanie inflacji? Źródłem kłopotów fiskalnych państw Zachodu jest starzenie się społeczeństw, ale przecież rządy nie mogą zmusić swoich obywateli, żeby płodzili więcej dzieci.[/b]

Nasz kraj jest bankrutem. Czas na stosowanie rozwiązań, które przyniosą same korzyści bez kosztów, już minął. Niemniej uważam, że lukę fiskalną da się częściowo zasypać. W tym celu zaproponowałem tzw. purpurowe pakiety reform dla systemu opieki zdrowotnej i systemu podatkowego. Łącznie zmniejszyłyby lukę fiskalną o 20–30 bln USD.

Pierwszy z nich zakłada wprowadzenie specjalnych kuponów, które co roku otrzymywałby każdy Amerykanin i za które mógłby nabyć od prywatnych firm usługi medyczne. Drugi plan zakłada radykalne uproszczenie naszego zawiłego systemu podatkowego. Zamiast podatków dochodowych od firm i osób fizycznych oraz podatku od nieruchomości wprowadza podatek konsumpcyjny na poziomie 17,5 proc. oraz niski podatek od spadków.

Może się wydawać, że taki system byłby degresywny, ale faktycznie byłby bardziej progresywny niż obecny. To dlatego, że osoby ubogie otrzymywałyby zwrot podatku, a inne ulgi, które spłaszczają naszą strukturę podatkową, zostałyby zniesione. Reżim podatkowy, który proponuję, nie wymagałby od Amerykanów składania oświadczeń, byłby więc tani w egzekwowaniu.

[b]Wielu ekonomistów wskazuje, że powyżej pewnego poziomu zadłużenie staje się dla gospodarki szkodliwe, a w efekcie jego redukcja może przyspieszyć tempo wzrostu. Pan w to chyba nie wierzy, skoro mówi pan, że nie da się zredukować zadłużenia bez kosztów.[/b]

Z pewnością zgadzam się z twierdzeniem, że wydawanie przez rząd pożyczonych pieniędzy nie zapewni gospodarce w dalszej perspektywie szybkiego rozwoju. W tym sensie wydawanie mniej i zbieranie więcej w postaci podatków może się okazać korzystne dla gospodarki, choć może to brzmieć paradoksalnie. Ale w systemie, który proponuję, podatki byłyby niższe niż obecnie. W efekcie ludzie mieliby więcej motywacji do pracy, więcej by zarabiali i wydawali. Ten efekt, w połączeniu z szeroką bazą podatku konsumpcyjnego, zapewniłby więcej wpływów do budżetu.

Także reforma systemu opieki zdrowotnej sprzyjałaby konsumpcji. Jeśli ludzie obawiają się kosztów służby zdrowia w przyszłości, nie są skłonni do wydawania.

[b]Polski rząd w celu zmniejszenia deficytu budżetowego postanowił zmniejszyć składki do prywatnych funduszy emerytalnych, czyli kapitałowej części naszego systemu emerytalnego, i zwiększyć składki do ZUS, czyli repartycyjnej części systemu opartej na zasadzie solidarności międzypokoleniowej. Jak pan ocenia takie zmiany?[/b]

Nie znam szczegółów, ale teoretycznie są one bez znaczenia. Terminy „prywatny” i „publiczny” też nie są na gruncie ekonomii dobrze zdefiniowane. Jeśli składki emerytalne trafiają do „prywatnego” funduszu, który następnie kupuje obligacje skarbowe, to skutek jest taki sam, jak gdyby pieniądze te trafiały do „publicznego” funduszu, który zobowiązał się do zwrotu tych środków w postaci emerytury, albo gdyby rząd po prostu pobierał „podatek emerytalny”. W pierwszym przypadku byłaby jednak mowa o systemie prywatnym, a w dwóch pozostałych o publicznym.

Ale wprowadzenie do systemu emerytalnego kapitałowego filara ma jedną zaletę: sprawia, że część ukrytego zadłużenia rządów wynikającego ze zobowiązań emerytalnych zostaje ujawniona. W przypadku Chile skłoniło to władze do uporządkowania finansów publicznych i zmniejszenia luki fiskalnej.

[b]Zmieńmy temat. Jest pan orędownikiem dość radykalnej reformy systemu finansowego polegającej na ograniczeniu roli banków.[/b]

Tak. Obecny system finansowy to wielkie kasyno. Banki angażują się w obrót rozmaitymi papierami wartościowymi w sposób, który w ogóle nie zwiększa stopy inwestycji ani nie wspiera rozwoju gospodarki. Dlatego potrzebujemy bankowości o ściśle sprecyzowanych celach (ang. limited purpose banking). W tym celu wszystkie spółki finansowe – od banków przez ubezpieczycieli po fundusze hedgingowe – powinny zostać przekształcone w fundusze powiernicze, czyli instytucje, które pośredniczą między oszczędzającymi a pożyczkobiorcami. W efekcie system bankowy byłby całkowicie bezpieczny: banki nie miałyby bowiem ani aktywów finansowych, ani długów zaciągniętych na ich zakup. Ryzyko – stosownie do wyboru funduszu – ponosiliby depozytariusze. Mogliby wybrać w 100-proc. bezpieczne fundusze pieniężne, ale również takie, które działałyby jak instrumenty CDS (papiery zabezpieczające wierzyciela na wypadek niewypłacalności dłużnika).

[b]Jeśli dobrze rozumiem, banki nie mogłyby kreować pieniądza tak jak obecnie. Kredyty miałyby bowiem 100 proc. pokrycia w depozytach. Czy to nie ograniczyłoby drastycznie podaży kredytu?[/b]

To prawda, nie byłoby mnożnika kreacji pieniądza. Ale jeśli chodzi o podaż kredytu, to nie sądzę, żeby się zmniejszyła. Myślę, że kredyt byłby nawet tańszy, bo system byłby bardziej efektywny i przejrzysty. Każdy mógłby sprzedać obligacje korporacyjne lub kredyt hipoteczny na otwartym rynku, w systemie aukcji. W efekcie aktywa te uzyskiwałyby dobre ceny, co w przypadku kredytu oznacza niskie oprocentowanie. A klient nie musiałby przed zaciągnięciem pożyczki obskoczyć dziesięciu banków – wystarczyłoby, żeby poszedł do jednego, bo i tak uzyska najbardziej atrakcyjną z dostępnych dla niego ofert. Bezpieczeństwo systemu zapewniałby nowy federalny urząd finansowy, który oceniałby wszystkie aktywa kupowane przez fundusze – w tym kredyty, których one same by udzielały – oraz pełnił funkcje izby rozliczeniowej.

[b]Wydaje się, że wszelkie propozycje reformy systemu finansowego padają dziś na podatny grunt. Czy pańskie pomysły spotkały się z jakimś odzewem ze strony polityków i regulatorów?[/b]

Jestem gotów przyjechać do Polski i przedstawić moje propozycję bankowi centralnemu i nadzorowi finansowemu. Miałem już takie rozmowy m.in. w Szwecji, Wielkiej Brytanii, Irlandii i Australii. Wyraźnie zainteresowany moją propozycją jest gubernator Banku Anglii Mervyn King, który polecił brytyjskiemu parlamentowi, aby się z nią zapoznał.

[ramka]

[b]Laurence Kotlikoff [/b](59 l.) jest wykładowcą Uniwersytetu Bostońskiego i badaczem amerykańskiego Narodowego Biura Badań Ekonomicznych (NBER). Jest autorem koncepcji rachunkowości pokoleniowej oraz alternatywnego modelu bankowości, określonego jako bankowość ograniczonych celów (ang. limited purpose banking). Swoje pomysły przedstawił w kilku książkach, m.in. „The Coming General Strom” i „Jimmy Stewart is Dead”. Jego propozycje uchodzą za radykalne, ale wśród ekonomistów cieszą się pewnym uznaniem. Pod jego purpurowym projektem reformy amerykańskiego systemu opieki zdrowotnej podpisało się m.in. pięciu laureatów Nagrody Nobla.

Kotlikoff doradzał wielu rządom, bankom centralnym i instytucjom międzynarodowym, m.in. MFW, Bankowi Światowemu i OECD. Jest też założycielem i prezesem spółki Economic Security Planning produkującej oprogramowanie do zarządzania finansami osobistymi oraz publicystą agencji Bloomberga i magazynu „Forbes”. [/ramka] [ramka]Obecny system finansowy to wielkie kasyno. Banki angażują się w obrót rozmaitymi papierami wartościowymi w sposób, który w ogóle nie wspiera rozwoju gospodarki[/ramka]

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA