REKLAMA
REKLAMA

Gospodarka - Świat

Mocarstwa kontra walutowi spekulanci

Interwencja banków centralnych państw grupy G7 osłabiła w piątek jena nawet o 3,6 proc. wobec dolara. Przywróciła też apetyt na ryzyko na rynkach akcji
Foto: GG Parkiet

[mail=grzegorz.siemionczyk@parkiet.com]grzegorz.siemionczyk@parkiet.com[/mail]

Po raz pierwszy od ponad dekady największe gospodarki świata wspólnie interweniowały na rynku walutowym. W piątek rano czasu japońskiego banki centralne państw G7 zaczęły sprzedawać jena w celu zahamowania jego gwałtownej aprecjacji, która rozpoczęła się po trzęsieniu ziemi i tsunami z 11 marca. Działania te okazały się skuteczne. Jen tracił wobec dolara nawet 3,6 proc. To największy spadek tego kursu od 2008 r.

Osłabiał się też frank szwajcarski, który w ostatnich dniach drożał wraz z jenem. W pewnym momencie waluta ta, uważana za „bezpieczną przystań” na niepewne czasy, traciła wobec euro 1,3 proc. Apetyt na ryzyko wrócił również na rynki akcji. Tokijski Nikkei 225 podskoczył o 2,7 proc., zmniejszając swoją stratę z ostatnich dni do 11,8 proc. Niemiecki DAX, który po japońskim kataklizmie bardzo stracił, w piątek po południu zyskiwał nawet 1,6 proc. WIG20 wzrósł o 0,4 proc.

[srodtytul]Jena windowała spekulacja [/srodtytul]

W piątek po południu za dolara można było kupić ponad 81 jenów. To niewiele mniej niż 10 marca. Od tego dnia notowania japońskiej waluty wystrzeliły w górę. Do czwartku umocniła się wobec amerykańskiejo 5 proc. Dolar kosztował już tylko 76,6 jenów, najmniej w powojennej historii.

Tak silna aprecjacja jena to wynik zamykania przez inwestorów pozycji typu carry trade (polegają na pożyczaniu kapitału w kraju, w którym stopy procentowe są niskie, i lokowaniu go tam, gdzie stopy są wysokie) oraz oczekiwań, że japońskie spółki finansowe, głównie ubezpieczyciele, będą wyprzedawały zagraniczne aktywa, aby sprowadzić kapitał na rodzimy rynek. Pod koniec 2010 r. ich inwestycje portfelowe za granicą oceniano na 3 bln USD. Analitycy są zgodni, że dotąd nie widać oznak powrotu tego kapitału (patrz też tekst na sąsiedniej stronie). Ale same spekulacje wystarczyły, aby wywindować kurs jena. Tokio obawiało się, że uderzy to w eksport Japonii, co byłoby kolejnym ciosem dla zmagającej się ze skutkami kataklizmu gospodarki.

[srodtytul]Manipulacji nie będzie[/srodtytul]

– Bank Japonii (BoJ) jest przekonany, że skoordynowane działania Japonii i innych krajów G7 na rynku walutowym przyczynią się do stabilnego kształtowania się kursów walutowych – oświadczył gubernator tej instytucji Masaaki Shirakawa. – Nie będziemy manipulować kursem jena, mamy tylko nadzieję, że jego notowania wrócą do poziomu sprzed trzęsienia ziemi – zapewnił japoński wiceminister finansów Fumihiko Igarashi.

– Interwencja jest prosta. Banki centralne dosłownie sprzedają jena i kupują koszyk innych walut – ocenił Roland Randall, strateg z TD Securities. Według niego działania te mają szansę na sukces także na dalszą metę. – Gdyby BoJ podjął jednostronną interwencję, nastawienie rynku byłoby inne. Traderzy byliby gotowi przeciwstawić się BoJ i jego działania okazałyby się drogie, lecz nieefektywne – tłumaczy. Poprzednia skoordynowana interwencja mocarstw miała miejsce w 2000 r., gdy próbowały one podbić notowania euro.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA