Felietony

2022 – rok normalizacji?

Może się także okazać, że inflacja – a w szczególności rosnące ceny żywności – stanie się zapalnikiem niepokojów społecznych w niektórych częściach świata.

Andrzej Halesiak, członek TEP oraz Rady Programowej Kongresu Obywatelskiego

Foto: materiały prasowe

W odniesieniu do zagadnień gospodarczych 2021 r. będzie się przede wszystkim kojarzył z inflacją. O ile bowiem odbicie gospodarcze, po wywołanej w 2020 r. przez covid recesji, nie stanowiło zaskoczenia, o tyle skala wzrostu cen już z pewnością tak. I dotyczy to nie tylko Polski, ale dużej części świata, w tym także tak stabilnych na pozór gospodarek jak USA – według prognoz na koniec roku inflacja (ta najpowszechniej przywoływana, w zakresie koszyka dóbr i usług konsumpcyjnych) miała kształtować się w okolicach 2 proc., w rzeczywistości wynosiła 7 proc. Jest to poziom nienotowany od blisko 40 lat.

Jak będzie z 2022 r.? Gdy czyta się prognozy różnych ośrodków analitycznych, ma to być rok normalizacji. Po tym jak w 2020 r. na skutek pandemii wahadło koniunktury – oraz wielu innych wskaźników ekonomicznych – wychyliło się znacząco poniżej długofalowego trendu, 2021 r. był rokiem odreagowania (czasami – jak w przypadku wspomnianych cen – znacznie silniejszego od oczekiwań), 2022 r. ma być tym, w którym większość parametrów ekonomicznych ma wrócić (lub znajdować się na ścieżce powrotu) „do normy", czyli ukształtować się na poziomach zbliżonych do średnich z ostatnich kilkunastu czy też kilkudziesięciu lat.

Retoryka normalizacji jest oczywiście zdecydowanie na wyrost, jest wyrazem tendencji do powszechnego dziś upraszczania przekazu. Już wiadomo np., że inflacja pozostanie w 2022 r. na podwyższonych poziomach, a to za sprawą zapowiedzianych podwyżek, które będą ważyć na indeksach cen przez kolejne miesiące. Zresztą obszarów, gdzie powrotu do normalności nie będzie, jest więcej, chociażby zaburzenia w łańcuchach dostaw czy podwyższone poziomy zadłużenia sektora publicznego.

Nietrudno się domyślić, że jednym z największych wyzwań makroekonomicznych będzie w tym roku zarządzanie procesami inflacyjnymi; banki centralne z jednej strony nie chcą, aby oczekiwania inflacyjne zakotwiczyły się trwale na znacznie wyższych poziomach, z drugiej obawiają się, że ich nazbyt gwałtowna reakcja na inflację może mieć negatywne konsekwencje dla koniunktury. Jeśli chodzi o te ostatnie kwestie, to sytuacja jest nieprzewidywalna. Wszystko za sprawą tego, że stopy procentowe w wielu krajach podnoszone są – lub będą – po raz pierwszy od wielu lat (w naszym kraju np. tegoroczne podwyżki stóp były pierwszymi od 2012 r.). Ostatnia dekada to był generalnie czas coraz niższych stóp procentowych, tak więc obecne podwyżki będą stanowiły pierwszy od długiego czasu test dla bilansów zadłużonych podmiotów z sektora gospodarstw domowych, firm i publicznego.

Nie od dziś wiadomo, że długie okresy niskich – w szczególności malejących – stóp prowadzą do uśpienia czujności; dług akumuluje się szczególnie łatwo, bo wraz ze spadkiem stóp poprawia się zdolność kredytowa dłużników, zachęcając ich do jeszcze większego zadłużenia się. W tym kontekście testowanym elementem będą także wprowadzone po globalnym kryzysie finansowym rozwiązania ostrożnościowe, okaże się, czy zostały one właściwie wyskalowane.

Patrząc na kwestie polityki monetarnej z nieco szerszej perspektywy, nadchodzące kwartały będą stanowiły także innego rodzaju test; zweryfikują zdolność głównych banków centralnych do wycofania się z ultraluźnej polityki monetarnej. Kilka miesięcy temu (w „Whatever it takes? Nie tym razem", „Parkiet", 6.03.2021) sugerowałem, że niektóre banki centralne mogły stać się zakładnikami „słabych" ogniw systemu gospodarczego (firm zombi, nadmiernie zadłużonych rządów) i globalnego rynku finansowego, a tym samym utracić możliwość prowadzenia w pełni niezależnej polityki, np. podnoszenia stóp w takiej skali, jaka byłaby wymagana dla zastopowania inflacji. Najbliższe kwartały pokażą, czy tak się rzeczywiście nie stało.

Szczególnie ciekawe będą konsekwencje zacieśniania polityki monetarnej przez Fed. Z jednej strony jego działania mają silne przełożenie na koniunkturę na lokalnym rynku nieruchomości oraz na globalne rynki finansowe (a poprzez tzw. efekty bogactwa na sferę realną). Z drugiej wzrost stóp i aprecjacja dolara będą także odczuwalne dla szerokiej rzeszy dolarowych pożyczkobiorców spoza USA – w bieżącym roku wartość dolarowego zadłużenia tego typu podmiotów przekroczyła 13 bln USD, co stanowi równowartość ok. 15 proc. globalnego PKB.

Co jeszcze może nas w tym roku zaskoczyć? Takich czynników jest wiele. Chociażby rozwój sytuacji w Chinach; dziś wydaje się, że zdolność tamtejszych władz utrzymywania pod kontrolą różnorakich procesów ekonomicznych i finansowych jest wybitna (ostatni przykład to dużej skali bankructwa na rynku nieruchomości), ale jak to mówią: „nosił wilk razy kilka...".

Może się także okazać, że inflacja – a w szczególności rosnące ceny żywności – stanie się zapalnikiem niepokojów społecznych w niektórych częściach świata. Na to ryzyko wskazywałem już w kontekście 2021 r. („Najbardziej niedoceniany czynnik ryzyka 2021 r.", „Parkiet", 4.01.2021); covid zepchnął na dalszy plan istotne kwestie społeczne (prekaryzacja pracy, nierówności dochodowe itp.). Pozostają one jednak nierozwiązane i w każdej chwili mogą w różnych częściach świata powrócić na pierwszy plan.

Zaskoczenie może przyjść także ze strony procesów geopolitycznych (narastające napięcia między mocarstwami), zaburzeń związanych z technologią (cyberataki) czy pandemią (nowa, bardziej agresywna wersja wirusa) oraz od strony rynku surowców energetycznych (rosnące ceny, zaburzenia dostaw). Można też sobie wyobrazić równoczesne połączenie kilku tych czynników, a także pojawienie się nowych „czarnych łabędzi". To ostatnie nie byłoby wielkim zaskoczeniem; gdy następują bowiem silne zaburzenia na styku różnych systemów (społecznych, gospodarczych, politycznych, biologicznych, itd.), prawdopodobieństwo występowania uznawanych za skrajne zjawisk znacząco wzrasta (można powiedzieć, że czarne łabędzie zaczynają wówczas latać w stadach).

Podsumowując, 2022 r. wcale nie będzie rokiem normalizacji; o czymś takim można w najbliższych latach zapomnieć. Tak, być może część wskaźników zbliży się do długookresowych średnich, ale wiele się równocześnie od nich odchyli. Taka jest specyfika czasów, w które wkroczyliśmy. Nie ma się więc co nastawiać na „normalność". I nie chodzi o to, aby straszyć, ale by zwrócić uwagę na potencjał, jaki tkwi w zmienności! Ta zmienność, a przede wszystkim umiejętność radzenia sobie z nią i adaptacji, zrodzi na dłuższą metę nowych wygranych, zarówno na poziomie firm, jak i krajów. Warto byłoby się wśród nich znaleźć.

Powiązane artykuły


REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.