REKLAMA
REKLAMA

Energetyka

Maciej Bukowski, prezes WiseEuropa: Banki muszą brać pod uwagę ryzyko klimatyczne

Nie wszystkie inwestycje w polskiej energetyce mają sens i nie na wszystkie uda się pozyskać finansowanie – mówi Maciej Bukowski, prezes WiseEuropa.

Maciej Bukowski, prezes WiseEuropa

Foto: parkiet.tv

WiseEuropa w raporcie „Klimatyczny efekt domina” wskazuje na problem niedoceniania ryzyka klimatycznego przez polskie instytucje finansowe i rząd. Z czego to wynika?

Instytucje finansowe są zainteresowane przede wszystkim stopą zwrotu z aktywów, w które inwestują. Mają więc zawężoną perspektywę inwestycji, bo oczekują szybkich zwrotów i patrzą głównie na ten parametr. Natomiast z drugiej strony decydenci na całym świecie bardzo mocno zaczynają zmierzać w kierunku wydłużenia horyzontu inwestycyjnego po to, żeby rozwiązać długofalowe problemy. I tu pojawia się jeden z istotnych procesów, który nazywamy wzrostem zrównoważonym, a który obejmuje m.in. ochronę klimatu i ma umożliwić bardzo szybki wzrost gospodarczy całego świata, mitygując jednocześnie oddziaływanie na środowisko naturalne, które w ostatnich kilkudziesięciu latach zostało bardzo istotnie naruszone. W Polsce jak dotąd w ogóle tego nie zauważaliśmy. A zgodnie z ostatnimi zaleceniami międzynarodowych organów, sektor finansowy będzie brał pod uwagę właśnie ten aspekt.

Jakie to może mieć konsekwencje dla polskiej gospodarki?

Na szczęście powoli zaczynamy dostrzegać ten problem. Prezesi banków zauważają, że pojawiło się zrównoważone finansowanie, dzwonki zaczęły dźwięczeć także w ministerstwie finansów. Jednak to nie jest jeszcze bardzo donośne i prądy, które obecnie się ścierają, mogą nas znieść w niepożądanym kierunku. Przykładem jest finansowanie pewnych inwestycji energetycznych, które nie tylko mogą nie przynieść zwrotu kredytów, które zostały na te projekty udzielone, ale także mogą być toksyczne z punktu widzenia portfolio kredytowego banku.

W raporcie czytamy, że potrzeby inwestycyjne sektora energetycznego w latach 2021 – 2035 w zależności od scenariusza sięgną od 158 mld do 250 mld zł, a nawet pojawił się wariant zakładający wydatki rzędu 400 mld zł. Kto w takim razie sfinansuje te inwestycje?

To zależy przede wszystkim od tego, w co będziemy inwestować. Jeśli będziemy inwestować w technologie węglowe, które wymagają mniejszego kapitału, ale operacyjnie są dużo droższe, to wtedy te wydatki będą mniejsze. Jeśli będą to natomiast technologie odnawialne, to będziemy musieli ponieść większe wydatki na początku, osiągając później wyższe zwroty w fazie operacyjnej. Nasza konkluzja jest taka, że cztery grupy energetyczne, kontrolowane przez państwo, nie poradzą sobie z tymi nakładami, nawet w scenariuszu węglowym. Nie mają bowiem takich nadwyżek operacyjnych, żeby udźwignąć te inwestycje. Natomiast druga konkluzja jest taka, że ten scenariusz silnie nakierowany na projekty węglowe, jest bardzo ryzykowny z punktu widzenia sektora finansowego. Patrząc na to, co dzieje się na świecie, należy się spodziewać dalszego zaostrzania polityki klimatycznej, bo presja na to, żeby redukować emisje będzie bardzo silna. To może skutkować np. bardzo znaczącym wzrostem cen uprawnień do emisji CO2, podmywając opłacalność poszczególnych projektów inwestycyjnych. Jeżeli dany bank będzie miał bardzo duże zaangażowanie w tym sektorze to może się to skończyć dużymi odpisami i stratami.

Tymczasem budujemy nowe bloki węglowe i w planach mamy kolejny – w Ostrołęce. Jak pan ocenia szansę realizacji tej inwestycji?

Coraz więcej sygnałów do nas dociera, które świadczą, że inwestor będzie miał problem z dopięciem finansowania dla tego projektu. Banki są ostrożne, bo one analizują jak dużo musi pracować ta elektrownia, przez ile lat i przy jakich cenach energii, żeby inwestycja się zwróciła. Okazuje się natomiast, że nawet wprowadzenie rynku mocy, który gwarantuje jakieś przychody przez najbliższe 15 lat, może nie wystarczyć, czyli ten kredyt może być niespłacony w całości. Inwestycja może więc okazać się nierentowna i nie wykluczone, że tego finansowania nie uda się dopiąć. Ale też z punktu widzenia inwestora ten projekt wydaje się nie mieć sensu, bo technologie idą w inną stronę, a czas pracy tego bloku będzie ograniczony.

Jak pan widzi więc przyszłość polskiego górnictwa węglowego?

Polskie górnictwo ma przede wszystkim własne problemy, dlatego musi się intensywnie restrukturyzować aby przeżyć i móc płacić takie wynagrodzenia, które będą zachęcały do pracy w tej branży. To oznacza redukcję wydobycia, jeszcze szybszą redukcję zatrudnienia i podnoszenie wydajności. Na górnictwo węgla energetycznego należy patrzeć jak na sektor schyłkowy, który w perspektywie 20 – 30 lat przestanie istnieć. Podążamy więc śladem innych krajów europejskich: Wielkiej Brytanii, Niemiec, Czech, które osiągając odpowiedni poziom rozwoju rezygnowały z wydobycia węgla kamiennego. Górnictwo będzie więc redukowało swoje moce wytwórcze. Pozostaje natomiast pytanie, czy energetyka węglowa pójdzie w ślad za tymi zmianami w górnictwie i zredukuje swoją obecność w systemie czy będziemy inwestować w nowe moce wytwórcze oparte na węglu, importując coraz więcej paliwa.

Kibicuje pan forsowanej teraz mocno koncepcji budowy farm wiatrowych na Bałtyku?

Umiarkowanie. W długim okresie tak, bo energetyka ulokowana na morzu to jest przyszłość energetyki odnawialnej. Ma zresztą wiele zalet, np. znajduje się poza linią horyzontu, więc ludzie jej nie widzą i ich to nie bulwersuje. Jest natomiast droga, nawet dwukrotnie droższa niż elektrownie wiatrowe lądowe. Dlatego kolejność realizacji tych inwestycji powinna być inna. Należałoby raczej na początku bardziej rozwinąć moce wiatrowe na lądzie, a dopiero później inwestować w energetykę wiatrową na morzu. Natomiast rząd, myślę że z przyczyn politycznych, forsuje inny scenariusz, który jest droższy i ktoś będzie musiał za to zapłacić – podatnik albo konsument energii.

A na projekt jądrowy znajdą się pieniądze?

Myślę, że nie. Zresztą odnoszę wrażenie, że rząd sam nie wie czy chce tego projektu czy nie. Elektrownia jądrowa co do zasady byłaby wykonalna, ale wymagałaby bardzo jasnego gorsetu regulacyjnego, by strona finansująca projekt była bezpieczna. To się robi na przykład za pomocą kontraktu różnicowego. Natomiast mi się wydaje, że rząd nie jest jeszcze na to gotowy, bo musiałby wtedy ujawnić, że konsument energii będzie musiał za to zapłacić w cenie prądu.

Dlaczego pana zdaniem nie mamy krajowej strategii energetycznej?

Właśnie z tego powodu, że rząd nie chce pewnych rzeczy otwarcie mówić. Jest przecież wielu interesariuszy: związki zawodowe w górnictwie i w energetyce, interesariusze biznesowi, nasi partnerzy w Unii Europejskiej, jest też opozycja, która otrzymuje wtedy platformę do krytyki. Więc utrzymuje się to wszystko we mgle niepewności. I to jest różnica między nami a Niemcami czy Chinami, które mają jasne plany wobec sektora energetycznego i je realizują, modyfikując ewentualnie po drodze. Zaś jeśli takiego planu nie ma, to utrzymuje się poziom niepewności.

Jaki więc powinien być polski miks energetyczny?

Już teraz należy inwestować i należy to robić stopniowo. Myślę, że w horyzoncie roku 2050 rola węgla czy w ogóle paliw kopalnych będzie niewielka, sięgająca około 10 proc., z czego większość to będą moce gazowe. Ale do tego jest jeszcze długa droga. Ważna jest konsekwencja i unikanie utopionych inwestycji. Udział energetyki odnawialnej powinien konsekwentnie rosnąć. Powinniśmy też tak organizować ten system, by inwestorów było wielu, nie tylko państwowe spółki. Myślę, że błędem jest konsolidowanie wszystkiego w państwowych rękach i wypychanie prywatnych inwestorów. Bo spółki państwowe nie mają tyle pieniędzy, by zrealizować wszystkie potrzebne inwestycje. Jeśli tego nie zrobimy, to będziemy mieć opóźnienia w inwestycjach i zwiększymy import energii elektrycznej od naszych sąsiadów. I wtedy przyjdzie otrzeźwienie, że jednak należy inwestować w technologie zeroemisyjne, bo inaczej wypadniemy z rynku.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA