REKLAMA
REKLAMA

Biznes i sport

Poszukiwacze złota

W USA kluby przenoszą się z miejsca na miejsce – tam, gdzie jest lepszy rynek. Z Oakland wyprowadzają się Warriors, a niedługo zrobią to też Raiders. Nawet wierni i oddani kibice na miejscu nie stanowią przeszkody.

Los Angeles Rams (dawniej St. Louis) oraz Los Angeles Chargers (przedtem San Diego) przenoszą się na jeden z najbardziej lukratywnych rynków w USA. W Los Angeles będzie już niedługo siedem wielkich drużyn, bo trzeba doliczyć jeszcze koszykarskie: Lakers i Clippers, hokejową Kings oraz baseballistów z Angels i Dodgers.

Foto: Shutterstock

W Europie to nie do pomyślenia. Tutaj klub to świętość, barwy, emocje, historia, hymn, kibice, wspomnienia. Siedziba ma się znajdować na wieki tam, gdzie była od zawsze. Synowie i wnuki chcą przychodzić i siadać na trybunach tam, gdzie robili to ich ojcowie i dziadkowie. Wyobraźmy sobie, co by się działo, gdyby nagle Real Madryt opuścił Santiago Bernabeu, Barcelona – Camp Nou, Legia Warszawa – Łazienkowską, a Wisła Kraków – stadion przy Reymonta.

Nawet, jeśli chodziłoby tylko o to, żeby zmienić adres i stadion na nowszy, bardziej funkcjonalny, pozwalający lepiej zarabiać i nie wyprowadzałyby się z miasta, w którym były od zawsze. I tak rozpętałaby się potężna dyskusja na ten temat.

W amerykańskich ligach zawodowych takich sentymentów nie ma – przynajmniej po stronie właścicieli. Tam nie mówi się o klubach, ale o franczyzach, ewentualnie używa się terminu „organizacja", bo tutaj na pierwszym miejscu jest biznes. Jeśli gdzieś kiepsko się zarabia, albo raczej – gdzie indziej można by zarabiać lepiej, to przenosi się drużynę w nowe miejsce. Cała operacja może trochę boleć, ale jeśli się sprawdzi finansowo, to prędzej czy później wszyscy przywykną.

Siedem wielkich drużyn w Los Angeles

Miasta to po prostu biznesowi partnerzy ligowych franczyz, więc jeśli druga strona nie jest zadowolona ze współpracy, to z niej rezygnuje. Najczęściej punktem zapalnym są hale i stadiony, na których drużyna rozgrywa swoje spotkania. Im lepszy obiekt, tym więcej można z niego wycisnąć. Bo przychodzi się na rozrywkę, a niekoniecznie dlatego, że kocha się drużynę.

Dlatego właściciele Oakland Raiders chyba nie przejmują się tym, że na miejscu, w Kalifornii, mają kibiców uznawanych za najlepszych w całej lidze NFL, najbardziej oddanych i w dodatku takich, którzy mają wizerunek rebeliantów. Ze swoim biznesem przenoszą się do Las Vegas. To miasto wszelakiej rozrywki, któremu brakowało drużyny w jednej z największych lig zawodowych.

Nevada zainwestowała w nowy obiekt 750 mln dolarów, co stanowiło poważny wkład w inwestycję wycenianą na 1,8 mld dolarów. Właściciele i liga liczą na potężne zyski w perspektywie wielu lat, w końcu po to dokonuje się całej skomplikowanej operacji przenosin. Raiders za luksus grania w Las Vegas zapłacą w ciągu dziesięciu lat około 380 mln dolarów.

Jeszcze więcej będą musiały wyłożyć Los Angeles Rams (dawniej St. Louis) oraz Los Angeles Chargers (przedtem San Diego). Przenoszą się na jeden z najbardziej lukratywnych rynków w całych Stanach Zjednoczonych, więc dołożą do wspólnej kasy po 645 mln dolarów. Pieniądze zostaną podzielone między pozostałe organizacje, które w dodatku musiały wyrazić zgodę na przenosiny. Tak działa ten system – my wam pozwalamy więcej zarabiać, ale oczekujemy czegoś w zamian. Ciekawe, kiedy rynek w Kalifornii się nasyci?

W samym Los Angeles będzie już niedługo siedem wielkich drużyn, bo trzeba doliczyć jeszcze koszykarskie: Lakers i Clippers, hokejową Kings oraz baseballistów z Angels i Dodgers. Ci ostatni przez wiele lat grali na Brooklynie, ale w latach 50. właściciele nie dogadali się z władzami miasta co do zakupu gruntu pod nowy stadion, więc spakowali biznes i ruszyli na zachód, w poszukiwaniu złota.

Tak to działa zawsze. Jedne miasta zyskują, inne tracą, jak w przypadku Golden State Warriors i Raiders, czyli znanych drużyn, które opuszczają Oakland. To kalifornijskie miasto zawsze było w cieniu większych i bogatszych sąsiadów i można zaryzykować stwierdzenie, że to właśnie sukcesy koszykarskie Stephena Curry'ego i spółki w znacznej mierze spowodowały, że stało się o nim głośno.

Teraz czas na nowy rozdział, bo Oracle Arena, chociaż przypominała o wielkich sukcesach, była jednak obiektem przestarzałym, czego nie zmieniła nawet przebudowa z 1996 roku, za co Warriors mieli płacić miastu przez kolejnych 30 lat po 7,4 miliona dolarów rocznie. Właściciele z tej umowy chcieli się wycofać, ale sąd arbitrażowy nakazał zapłacić brakujące 40 milionów.

Nowa arena, Chase Center, kosztowała 1,4 miliarda dolarów, ale za to ma być najnowocześniejszym obiektem na świecie, ze sklepami, restauracjami i luksusowymi lożami dla bogaczy z Doliny Krzemowej. Hala ma trybuny na 18 tys. widzów, a chętnych do nabycia wejściówek na pewno nie zabraknie – już dawno lista oczekujących na kupno karnetu miała wielokrotnie przekroczyć podaż miejsc.

Nie ma się co dziwić Warriors, że chcą się przenieść na większy rynek. Od kiedy stali się mistrzowskim zespołem, ceny biletów wzrosły wielokrotnie, ale wydatki też nie maleją. Jeśli chcesz się utrzymać na szczycie, musisz przeznaczać na pensje zawodników coraz więcej (Curry, Klay Thompson czy Kevin Durant to wielkie gwiazdy, które kosztują krocie), więc musisz zarabiać.

Zmiana siedziby to nic nowego w NBA

Wygrywanie nie jest przy tym konieczne: Los Angeles Lakers, New York Knicks i Chicago Bulls od lat są najbardziej wartościowymi organizacjami w ramach NBA, a nic poważnego nie wygrały już od dawna. Żyją i zarabiają częściowo dzięki dawnej chwale, a częściowo dzięki temu, że działają w miastach i stanach, gdzie możliwości marketingowe są największe.

Dla ligi NBA przeprowadzka Warriors do większego i bogatszego miasta też może być korzystna. Ci, którzy zarabiają najwięcej, dzielą się zyskami z tymi, którzy działają na mniej dochodowych rynkach. Im więcej pieniędzy w systemie, tym mocniej skorzystają wszyscy. Warriors przy okazji zapewniają, że nie zamierzają odcinać się od korzeni i w nowej siedzibie zatrudnienie znajdą dotychczasowi pracownicy.

Zmiany siedzib to zresztą nic nowego w NBA. W ostatnich kilkunastu latach Charlotte Hornets stali się New Orleans Hornets, a w samym Charlotte powstała drużyna Bobcats, którzy potem odzyskali prawa do tradycyjnej nazwy. Seattle Supersonics przenieśli się do Oklahoma City, a tutaj też przyczyną były nieporozumienia w sprawie hali: klub chciał nowej areny, a miasto nie chciało za nią płacić.

Właściciele nie mieli skrupułów, żeby wyprowadzić się z miasta, a negocjacje nie były łatwe. Padały propozycje spłaty zobowiązań za długoterminowy najem hali (26,5 mln dolarów). Ostatecznie Seattle dostało 45 milionów i dodatkowe 30 milionów, jeśli w ciągu pięciu lat do miasta nie sprowadzi się inny zespół (do tej pory tak się nie stało).

Warriors przeniosą się do San Francisco już jako byli mistrzowie NBA. Zdetronizowali ich Toronto Raptors, czyli jedyny kanadyjski zespół w najlepszej koszykarskiej lidze świata. To o tyle znaczące, że kiedy NBA rozszerzała się na północ, powstała jeszcze druga franczyza – w Vancouver.

Tam biznes szedł jednak kiepsko, drużyna przegrywała na potęgę, wybory w drafcie były nietrafione, a jeśli już udało się pozyskać Steve'a Francisa, to ten za żadne skarby nie chciał się wyprowadzać do Kanady i jeszcze przed rozpoczęciem sezonu trzeba go było oddać do Houston Rockets.

Vancouver Grizzlies po kilku latach gry w Kanadzie przenieśli się do Memphis, a jako jeden z powodów podawano niekorzystny kurs wymiany walut. Właściciele zarabiali w dolarach kanadyjskich, a płacili w amerykańskich, wobec tego lwia część budżetu miała iść na pensje zawodników, trenerów i innych pracowników. Grizzlies mieli przynosić wielkie straty, więc wynieśli się z Kanady bardziej na południe. Czy jednak Memphis to najszczęśliwszy kierunek i najlepszy rynek dla klubu NBA?

Grizzlies są wśród drużyn, które osiągają najniższe przychody, choćby z tego względu, że w zasięgu sieci metra mieszka zaledwie 1,3 mln ludzi, co mocno ogranicza możliwości marketingowe. Grizzlies w sezonie 2016/2017 znaleźli się wśród dziewięciu zespołów, które przyniosły straty i to mimo gigantycznych pieniędzy, jakie płacą amerykańskie sieci za prawa do pokazywania spotkań NBA.

Wydatki na pensje zawodników (tzw. salary cap) są w całej lidze na tym samym poziomie, a jednak możliwości zarabiania w Memphis i okolicach nie da się porównać z tymi oferowanymi przez Kalifornię. Dlatego w NBA bogaci dzielą się pieniędzmi z biedniejszymi i w ten sposób biznes się kręci. Jeśli Golden State Warriors dzięki nowej hali będą zarabiać więcej, a potem będą mogli więcej oddać do wspólnego worka, to nikt nie będzie zmartwiony.

Powiązane artykuły

REKLAMA
REKLAMA

Wideo komentarz

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA